29 grudnia 2013

Maroko - podsumowanie wyjazdu oraz informacje ogólne

Jeżeli wybieracie się do Maroka na własną rękę poniżej znajdzie garść niezbędnych informacji oraz podsumowanie kosztów naszego 5 dniowego wyjazdu. 


JĘZYK
Językiem urzędowym w Maroku jest arabski oraz francuski. Jeżeli znacie chociaż podstawy francuskiego z pewnością porozumiecie się bez najmniejszego problemu z każdym. My nie znaliśmy, ale z porozumiewaniem się też większych problemów nie mieliśmy :) zawsze zostaje język migowy, lecz osoby związane z turystyką w mniejszym lub większym stopniu znają język angielski. Trzeba się jednak liczyć z tym, że w wielu restauracjach menu jest tylko w języku francuskim. Dużym ułatwieniem jest to, że nazwy ulic i miejscowości również napisane są dwujęzycznie, po arabsku i po francusku, co znacznie ułatwia poruszanie się po mieście. 
  


BEZPIECZEŃSTWO
Przed wyjazdem spotkałam się z wieloma opiniami, że Maroko nie należy do najbezpieczniejszych miejsc na wakacje. Tym bardziej na wakacje zorganizowane na własną rękę. Prawda jest taka, że oprócz natrętnych naciągaczy nie ma większego zagrożenia dla turystów. Marokańczycy są bardzo przyjaźnie nastawieni do przyjezdnych, jedyną ich ogromną wadą jest to, że w każdym obcym widzą chodzący bankomat i każdy, na każdym kroku próbuje coś wyłudzić, czy wręcz oszukać. Trzeba się pilnować z rachunkami, resztą, czy tym co zawierała cena. Poza tym wystarczy grzecznie odmówić, czasami dwu czy trzykrotnie, aby pozbyć się zbyt namolnego towarzysza. Normalnym zjawiskiem są zaczepki i oferowanie pomocy w znalezieniu jakiegoś miejsca, za co później chcą pieniądze. Z reguły wystarczy trochę drobnych, aby spławić delikwenta. Na mieście jest dużo policjantów, zawsze chętnych do pomocy turystom. Bez problemu wskażą drogę, odpowiedzą na pytania i jako nieliczni nie będą chcieli za to pieniędzy. Ponieważ na mieście nie ma informacji turystycznej, śmiało można korzystać z pomocy policjantów.


KULTURA
Trzeba pamiętać, że Maroko jest krajem arabskim i w zdecydowanej większości przeważa tam islam, jednak dzięki wpływom kolonii francuskich jest mocno zeuropeizowany i nie wszyscy mieszkańcy ściśle przestrzegają swojej religii. Kilka razy w ciągu dnia w całym mieście słychać modlitwy dobiegające z meczetu, czasami spotka się osoby modlące się, jednak nie w takim stopniu w jakim się tego spodziewałam. Dobrze również wiedzieć, że w krajach arabskich lewa ręka uważana jest za nieczystą, a używanie jej równe jest z największą obelgą. Ponieważ oboje jesteśmy leworęczni, prawą ręką nie potrafię zrobić nic oprócz trzymania suszarki do włosów, trochę obawiałam się, jak będziemy postrzegani... Kiedy się pilnowałam starałam się używać jednak ręki prawej, jednak odruchowo wszystko robiłam lewą. Lewej ręki używałam też, kiedy któryś ze sprzedawców był wyjątkowo nieuprzejmy ;) ani razu nie spotkało nas nic nieprzyjemnego z tego tytułu.



ZAKUPY
Zakupy w Maroku są sztuką, szczególnie te na bazarze, czyli suku. Powszechnym zwyczajem jest ogólny brak cen i negocjacje handlowe. Gdyby gra w zakupy na bazarze polegała jedynie na negocjacjach to jeszcze pół biedy, ale każde zakupy są niemałym przedstawieniem zaczynającym się daleko od docelowego straganu, kiedy biedny turysta jeszcze nie wie, że właśnie został namierzony... Wszyscy w koło przekrzykują się, zachęcają do zakupów, zachwalają swoje produkty, jednak nie ma to nic wspólnego z uroczym, melodyjnym klimatem targu w Palermo. Tutaj każdy handlarz ma swojego naganiacza, który wybiega naprzeciw turystom i wręcz siłą próbuje zaciągnąć ich do straganu. Nie ma towaru, którego akurat potrzebujesz? nie ma problemu, zaprowadzi Cię do kolejnego zaprzyjaźnionego straganu, gdzie z pewnością będzie to czego szukasz! Będzie Cię obrzucał coraz to nowymi rzeczami, żebyś tylko coś chciał u niego kupić, zapewniając o niesamowitej wręcz jakości, najlepszej cenie dla przyjaciela, jakim właśnie się dla ów sprzedawcy stałeś... A jeżeli zdarzy się, że jakiś towar faktycznie wpadnie Ci w oko i zdecydujesz się na próbę jego zakupu przygotuj się na mocne nerwy. Pytasz jaka cena, dostajesz jakby obuchem w głowę - 350MAD (35€) za szaliczek?! bo speszial kłality, bo big sajz, i w ogóle to wery najs prajs maj frend! Proponujesz swoją cenę, 4 razy mniejszą, bo taka może być realna wartość tego szaliczka, sprzedawca unosi się, wręcz wyrzuca się ze swojego straganu, bo to zniewaga proponować taką cenę.. wychodzisz, ale to jeszcze nie koniec negocjacji z tym handlarzem. W progu zatrzymuje Cię nagabywacz i w konspiracji mówi, że za 250MAD ten szaliczek będzie Twój. Za drogo, definitywnie wychodzisz i ... na straganie obok kupujesz ten sam szaliczek za 100MAD i to bez większych przepychanek cenowych ;)
Zdecydowanie jest to swojego rodzaju teatr, w którym kupujący gra jedną z głównych ról. Po kilku dniach niestety jest on bardzo męczący, bo gra zaczyna się kiedy nawet nie chcesz nic kupić. Turysta zawsze będzie potencjalnym klientem. Jedno trzeba przyznać, marokańscy sprzedawcy mają zadziwiający dar rozpoznawania pochodzenia przechodzących właśnie turystów. I to nie po języku ojczystym, tylko tak, po wyglądzie. Spojrzą na Ciebie i od razu krzyczą "poland!", a co sprytniejszy zaskoczy nawet powiedzonkiem w stylu "Polak głodny Polak zły" ;)

 


To co można przywieść z Maroka: wyroby z drzewa sandałowego, olejek arganowy i zrobione z niego różne specyfiki, kolorowe kapcie, wyroby skórzane, szaliki, błyskotki: bransoletki, kolczyki, tadżin - marokańskie naczynie.
  
CENY
Walutą obowiązującą w Maroko jest dihram (MAD). Ponieważ dihram nie można wywozić poza granice kraju, gotówkę można wymienić tylko na miejscu lub wypłacić z bankomatu. Na lotnisku oraz na mieście jest bardzo dużo kantorów jednak warto pamiętać, że w kantorach nie ma złotówek, dlatego dobrze jest mieć ze sobą euro lub dolary. Przelicznik jest bardzo prosty, w przybliżeniu 10MAD = 1euro.
Ceny są podobne do naszych, Maroko w dalszym ciągu jest jednym z tańszych miejsc na wakacje.
  • Noclegi, w zależności od standardu zaczynają się od 90MAD os/doba (Riad w centrum Mediny)
  • Autobus z lotniska do centrum Marrakeszu - 30MAD
  • Autobus z Marrakeszu do Essaouirii - 60MAD
  • Śniadanie w restauracji - ok. 30MAD
  • Obiad w restauracji (tadżin + napój) - ok. 80MAD
  • herbata miętowa - 10MAD
  • sok pomarańczowy na Jameal de Fna - 4MAD
  • bagietka - 1MAD
  • pocztówka - 2MAD
średni dzienny budżet na jedzenie dla jednej osoby powinien zamknąć się w granicach
150-200MAD.

PODSUMOWANIE KOSZTÓW NASZEGO WYJAZDU
Podsumowując, w ciągu naszego 5dniowego wyjazdu w 2 osoby wydaliśmy:
  • 4 noclegi w pokoju 2 osobowym - 720MAD + 2x śniadanie, które miało być w cenie a nie było - 120MAD, w sumie - 840MAD
  • transfer w z lotniska do centrum - 120MAD
  • wycieczka do Ourzazate - 500MAD
  • przewodnik lokalny do wycieczki - 80MAD
  • bilety CTM do Essaouirii - 240MAD
  • taksówki - 150MAD
  • wejście do obiektów - 160MAD
  • jedzenie - 1070MAD
  • suveniry - 350MAD
  • napiwki - 60MAD


KUCHNIA
Pierwsze co nasuwa mi się na myśl o kuchni marokańskiej to... curry. Mam wrażenie, że dodają je do wszystkiego! Do tadżina, do kuskusa, ale również do sałatki z pomidorów i do kanapek. Dla kogoś, kto nie przepada za curry (jak ja, niestety) już na drugi dzień kuchnia marokańska zaczyna doskwierać i niezbędne okazało się szukanie fast fodowych zamienników, żeby tylko nie trafić na przyprawy.
Typowe śniadanie w stylu marokańskim składa się z naleśników, bagietki, serka, dżemu i czegoś pomiędzy masłem a serkiem, w smaku przypominającego bitą śmietanę. Do tego obowiązkowo miętowa herbata, okrutnie słodka, tak słodka, że aż nie sposób to sobie wyobrazić, podawana w metalowym czajniczku i miniaturowych szklankach. Herbatę miętową piją zresztą wszyscy, o każdej porze dnia. Z czasem i mnie zaczęła smakować, jednak dla turysty zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest podanie gorzkiej herbaty i osobno cukru, tak, aby każdy mógł osłodzić wedle swojego uznania.
Z bardziej konkretnych potraw króluje kuskus i tajemniczo brzmiący tadżin. Kuskus z reguły podawany jest w trzech wariantach: z mięsem, z warzywami i z owocami morza. Tadżin natomiast jest bardziej złożonym daniem, serwowanym w specjalnym glinianym naczyniu (stąd nazwa potrawy), jednak skomponowanie składników wydaje się być przed kucharza przypadkowe. W zależności od kreatywności osoby przyrządzającej można dostać duże kawałki mięsa z warzywami, pulpety mięsne, wegetariański tadżin czy pulpety rybne z jajkiem sadzonym. Zawsze przyprawione curry. Typową zupą marokańską jest harira, zupa z soczewicy i dodatków.
Kuchnia marokańska nie podbiła mojego serca, ale zrobił to świeżo wyciskany sok pomarańczowy z placu Jeamal de Fna. Nigdy wcześniej nie piłam tak pysznego soku! I mimo wątpliwych warunków sanitarnych moja dieta podczas tego wyjazdu składała się głównie z soku pomarańczowego :)
  


ZEMSTA FARAONA
Przed wyjazdem najbardziej obawiałam się problemów żołądkowych, lepiej znanych pod nazwą "zemsta faraona", spowodowane innymi bakteriami znajdującymi się w wodzie niż u nas. Przygotowując się uzbierałam wiele rad, jak uniknąć psującej plany niespodzianki.. a to, żeby unikać surowych warzyw i owoców, żeby nie jeść ze straganów, żeby używać tylko przegotowanej wody nawet do płukania zębów... Nie da się stosować do tych rad, nie da się nie zajadać świeżymi warzywami i nie da się nie opijać świeżym sokiem z pomarańczy z brudnych szklanek, jest tak pyszny, że pod nawet pod groźbą najsurowszej zemsty o jakiejkolwiek słyszałam, jak raz się go spróbuje to nie da się go omijać szerokim łukiem! Mimo niestosowania się to zaleceń, które wcześniej znalazłam, a jedynie do podstawowych zasad higieny, oboje nie mieliśmy żadnych problemów żołądkowych :)

PRZEMIESZCZANIE SIĘ
Wszystkie najważniejsze atrakcje turystyczne w Marrakeszu znajdują się w pobliżu, dlatego śmiało można poruszać się po mieście pieszo. Jeżeli chcemy udać się gdzieś dalej mamy do wyboru autobusy komunikacji miejskiej oraz taksówki. Z autobusu korzystaliśmy tylko raz, w drodze z lotniska do miasta. Przystanki są dość kiepsko oznaczone, dla kogoś kto nie zna miasta znalezienie odpowiedniego miejsca może okazać się kłopotliwe. Dla turysty wygodniejszą formą poruszania się po mieście będą taksówki. Zarówno w Marrakeszu, jak i w Essaouirii usługi oferowane przed taksówki są bardzo dobrze rozwinięte, a jedyny ich minus to... brak z góry określonej stawki kilometrowej. Dlatego też cenę na kurs w konkretne miejsce należy ustalić z góry, targując się, jak w przypadku zakupów na suku.
Taksówki podzielone są na dwa rodzaje: małe taksówki (pettit taxi) oraz większe (grande taxi) zabierające nawet do 5osób, mogą wykonywać kursy międzymiastowe. Przykładowy koszt pettit taxi jaki udało się nam ustalić z kierowcą na trasie dworzec autobusowy - plac Jamael de Fna to 20MAD, jednak trudno mi powiedzieć, czy to rzeczywisty koszt przejazdu, czy jak wiele razy podczas tego wyjazdu, daliśmy się naciągnąć ;)



FOTOGRAFOWANIE
Robienie zdjęć w kraju muzułmańskim jest dość kłopotliwe. Wszystko otaczające nas dookoła jest tak bardzo odmienne i egzotyczne, że chcielibyśmy jak najwięcej z tego zachować chociaż na zdjęciach. Należy jednak pamiętać, że zgodnie z prawem obowiązującym w Maroku nie można fotografować obiektów wojskowych, ani zapór wodnych, a zgodnie z religią wnętrz meczetów. Fotografowanie Marokańczyków również nie należy do łatwych, zgodnie z ich wierzeniami zdjęcia zabierają dusze, dlatego normalnym zjawiskiem jest uciekanie sprzed obiektywu. Jeżeli chcemy zrobić zdjęcie należy zapytać o zgodę, na przykład poprzez wskazanie aparatu i czekać na reakcje. Kobiety bardzo niechętnie pozują do zdjęć, mężczyźni chętniej, jednak normalnym zjawiskiem jest, że będą chcieli za tą "usługę" zapłaty.




28 grudnia 2013

Przywitanie z Afryką, Maroko 09-13.12.2013, cz.3. - Essaouira


Kolejnym miejscem, jakim chcieliśmy zobaczyć podczas naszej wycieczki do Maroka była Essaouira - nadmorska miejscowość, typowo turystyczna. Po nauczce z poprzednie dnia i doświadczeniach z wycieczką zorganizowaną do Essaouirii postanowiliśmy pojechać marokańskim przewoźnikiem CTM. Tym bardziej, że połączenia z Marrakeszu były korzystne, aby samemu zorganizować sobie jednodniową wycieczkę nad ocean. 


DWORZEC AUTOBUSOWY W MARRAKESZU I BUS DO ESSAOURII

Z samego rana udaliśmy się na dworzec autobusowy BUS - gare routiere mieszczący się przy Boulevard 11 Janvier i tutaj pojawiły się pierwsze problemy, nie mieliśmy pojęcia gdzie kupić bilet, ani skąd odjeżdża autobus. Kiedy tylko miejscowi zobaczyli dwóch zdezorientowanych turystów na dworcu, wokół nas zebrało się kilku chętnych do pomocy. Musiałam się poddać i jednego z nich poprosić o pomoc. Mimo jego zapewnień "no money, no money" byłam gotowa dać mu kilka dhr żeby tylko powiedział, gdzie mamy się udać. Płynną angielszczyzną zapytał dokąd chcemy jechać, zaprowadził do odpowiedniej kasy (niestety jest ich tam kilka, słabo oznaczonych), a następnie podprowadził do właściwego busa. Pięknie podziękowałam za pomoc i czekałam kiedy wyciągnie rękę po pieniądze, a on ku mojemu zdziwieniu odwrócił się i poszedł, bez pieniędzy. Myślałam, że tutaj tylko policjanci są skorzy do bezinteresownej pomocy ;) Jak wywnioskowałam z dalszych obserwacji był to nagabywacz, którego zadaniem jest sprowadzić klientów pod konkretny autobus i wypisanie kwitu biletowego, bo nie był to docelowy bilet, ten dostaliśmy od kontrolera, taki sam, z tym samym niezrozumiałym bazgrołem, jednak blankiet był w innym kolorze. Sam autobus również budził nieco wątpliwości.. rozbita przednia szyba, przyspawane lusterko i kolejny kierowca, w którego ręce miałam oddać swoje życie ;) całe szczęście wcześniej spojrzałam na mapę, aby upewnić się, że po drodze nie będzie żadnych gór, nie było, czekała nas prosta droga aż nad ocean.



W autobusie byliśmy jedynymi europejczykami, cała reszta, a autobus w każdym momencie podróży był pełen. Trudno było mi rozszyfrować system podróżowania Marokańczyków... Nie ma żadnych przystanków, jednak kierowca wie kiedy ma się zatrzymać i kogoś zabrać, kiedy się zatrzymać aby kogoś wypuścić, autobusy odjeżdżają punktualnie, jednak przez pierwsze kilka metrów jadą z otwartymi drzwiami, kontroler wykrzykuje nazwę miejscowości do której jedzie autobus i spóźnialscy mają jeszcze możliwość wbiegnięcia do jadącego już autobusu. Co najśmieszniejsze jest to często praktykujący zwyczaj. Kolejną rzeczą, którą ciężko było mi pojąć był system zajmowania miejsc.. "Paranoja. A że przy oknie, a że przodem, a że bokiem, a że nie wiadomo dlaczego" to mało powiedziane! Tylko my przesiedzieliśmy cała drogę w jednym miejscu! Każdy pasażer zmieniał miejsce kilkukrotnie i chyba chodziło o to żeby siedzieć jak najbliżej kierowcy, trudno mi powiedzieć z jakiego powodu. Mimo licznych przystanków dojechaliśmy planowo. Na dworcu zostaliśmy zaatakowani przed taksówkarzy, osoby oferujące noclegi i inne usługi. Okolica nie wyglądała zbyt ciekawie, w pobliżu nie widziałam ani jednego turysty, nie tak wyglądała Essaouira z google image! Złapaliśmy pettit taxi i udaliśmy się w stronę portu. Taksówka kosztowała 10MAD, a zaoszczędziła sporo czasu na błądzenie.



BŁĘKITNE OBLICZE ESSAOURII, w porcie i w medinie
W porcie panował zupełnie inny klimat niż przy dworcu, czułam się jak w typowym nadmorskich kurorcie. Kolorami dominującymi w całym mieście był biały i błękitny, świetna odskocznia od czerwonego Marrakeszu. Do tego piękne słońce, woda i plaża, do pełni szczęścia brakowało tylko zimnego piwa, którego niestety nie sposób było zdobyć w żadnym lokalu, a szkoda! Drugą część dnia spędziliśmy na błąkaniu się po Medinie, jakże spokojniejszej niż tej znanej nam z Marrakeszu. Sprzedawcy nie byli tak napastliwi, bez zbędnych teatrzyków można było pooglądać towar, popatrzeć, zastanowić się, co tak na prawdę się chce kupić. Taka forma zakupów zdecydowanie bardziej mi odpowiada.






To był bardzo przyjemny dzień, który tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że podróżowanie na własną rękę jest tym co lubię najbardziej :) i jest zdecydowanie tańsze!


wskazówki:
  • z Marrakeszu do Essaouirii bez problemów można dostać się autobusem marokańskiego przewoźnika CTM, w ciągu dnia jest kilka dogodnych połączeń. Autobus jedzie 3h, po drodze ma jeden ok 20min postój. Koszt biletu w jedną stronę 60MAD, wrażenia z podróży z tubylcami - bezcenne. 
  • z dworca do portu warto podjechać pettit taxi, koszt w jedną stronę 10MAD.
  • Essaouira nazywana jest wietrznym miastem, co prawda nas zastała piękna pogoda, jednak warto mieć ze sobą coś cieplejszego.




Essaouira - 12.12.2013 [zdjęcia]


26 grudnia 2013

Przywitanie z Afryką, Maroko 09-13.12.2013, cz.2. - Ouarzazate


Z MARRAKESZU DO OUARZAZATE, czyli uroki wycieczki zorganizowanej
W Marrakeszu na każdym kroku znajdują się biura oferujące zorganizowane wycieczki w przeróżne miejsca w Maroku, łącznie z wyjazdem na pustynię i nocowaniem w wiosce Berberów. Bardzo chciałam zobaczyć pustynię, jednak takie wycieczki organizowane są na minimum 2 dni, dlatego zdecydowaliśmy się pojechać do położonego na południe od Marrakeszu Ouarzazate, nazywanego bramą do pustyni. Brzmiało to dość obiecująco i miałam nadzieje, że zaspokoi moją ciekawość pustynią. Autobus CTM (tamtejszy PKS) jeździ tylko raz dziennie, z 3h przerwą na miejscu. Chcąc w pełni wykorzystać czas na miejscu, jednocześnie zachęceni obietnicami o "malowniczej trasie w górach Atlas", postanowiliśmy skorzystać z usług biura Sahara Expedition i za 25€/os. wraz z 8-mioma innymi turystami wybraliśmy się na zorganizowaną wycieczkę. To była pierwsza tego typu wycieczka z naszym udziałem i muszę przyznać, że nie do końca wiedzieliśmy na co się piszemy... Wydawało mi się, że kierowca zawiezie nas w określone miejsce, powie "bawcie się dobrze, spotykamy się w tym miejscu za Xh" i puści nas wolno. Nic z tych rzeczy.. najzwyczajniej w świecie zostaliśmy sprzedani, lokalnemu przewodnikowi, na którego wcale nie miałam ochoty i który miał z góry określony cennik za swoje usługi, a o których opłatach zapomnieli nas uprzedzić w biurze. Ale zanim spotkaliśmy się z naszym przewodnikiem czekała nas inna atrakcja, podróż wspomnianym już "malowniczym szlakiem". Owszem, trochę zastanawiało mnie dlaczego 200km jedzie się aż 4h, ale myślałam, że chodzi o fatalny stan dróg i rygorystyczne przestrzeganie przepisów drogowych. Nie przyszło mi na myśl, że będziemy jechać doliną śmierci! Wąskie drogi, ostre zakręty, a po obu stronach przepaść. Zgodzę się, widoki robiły wrażenie, ale dramatyzmu całej tej sytuacji dodawał tutejszy kierowca, któremu ani trochę nie byłam w stanie zaufać, a który pędził tymi serpentynami 100km/h nic sobie nie robiąc z miejsca w jakim się znajdujemy i z porywistego wiatru hulającego wysoko w górach, tak silnego, że nie byłam w stanie ustać w miejscu po wyjściu z busa.





Wątpliwy bus dał rade, kierowca dał rade i my też daliśmy rade, i po 4h w pełnym stresie dojechaliśmy do miejsca docelowego, a raczej do Ajt Bin Haddu, miejscowości niedaleko Ouarzazate, tamtejszej atrakcji turystycznej. Ajt Bin Haddu to niewielka osada, cała wpisana na listę UNESCO, gdzie kręcone były różne filmy, m.in Gladiatora . Miasteczko może i warte jest odwiedzenia, ale strasznie nie podobał mi się sposób w jaki oprowadzał nas przewodnik i ile czasu mu to zajęło. Pamiątki kupujemy u tego lokalnego artysty, tutaj proszę się nie zatrzymywać, a jak chcieliśmy wrócić w miejsce gdzie się nam kilka rzeczy podobało, to poprowadził nas taką drogą, że koleżanka z busa - Pani w kozaczkach miała problem zejść. Jednak szczytem wszystkiego było, kiedy ów przewodnik zaprowadził nas do zaprzyjaźnionej restauracji, gdzie ceny były 2 razy wyższe niż w każdym innym miejscu i tak jak w przypadku zakupów powiedział, że jemy tu a nie gdzie indziej. Ok, rozumiem, że on od każdego przyprowadzonego turysty ma zarobek, ale nie lubię być oszukiwana. Nie zjedliśmy. Nikt mnie nie zmusi do jedzenia, a mało brakowało, że wepchnąłby nas tam siłą ;) 




Następnym punktem wycieczki (o którym również nie było mowy wcześniej) było studio filmowe w pobliżu Ouarzazate. Jak super by ono nie było, nie miałam ochoty na zwiedzania studia filmowego, tylko na zwiedzanie miasta! Z największą uprzejmością podziękowaliśmy za możliwość zwiedzania tego iście interesującego miejsca, ale przewodnikowi trudno było zrozumieć, że ktoś może nie chcieć zobaczyć studia filmowego. Próbował wywrzeć na nas presję, że jeżeli nie wejdziemy to pozostali uczestniczy będą musieli zapłacić więcej itp. Cóż, kiepski argument, tym bardziej, że pomału dobiegał czas powrotu a my nawet jeszcze nie wjechaliśmy do Ouarzazate, nie mówiąc już o jakimkolwiek zwiedzaniu! Moja frustracja rosła, przewodnik zrezygnował, a kierowca chyba zauważył moje rozdrażnienie i zapytał, czy nie podrzucić nas do miasta. To była najlepsza propozycja tego dnia! Pojechaliśmy pod Medinę, dał godzinę wolności i wrócił po resztę wycieczki. Na spokojnie zjedliśmy obiad w restauracji, którą sami sobie wybraliśmy i wreszcie, w spokoju mogliśmy pozachwycać się Ouarzazate. 


Po umówionym czasie zjawił się kierowca i zawiózł nas do reszty grupy, im niestety już nie starczyło czasu na Ouarzazate, zobaczyli tylko Medinę z zewnątrz i czas było wracać do Marrakeszu. Powrót niestety był jeszcze gorszy... Do górskich serpentyn, wątpliwego busa i szalonego kierowcy doszedł zapadający zmrok. Odliczałam minuty kiedy będziemy na miejscu, podróż była niesamowicie stresująca. Był to dzień pełen wrażeń, ale i nauk na przyszłość. Przekonałam się, że jestem trudną turystką i zdecydowanie nie nadaje się na wyjazdy zorganizowane ;) 

wskazówki: 
  • w ciągu dnia z Marrakeshu do Ouarzazate odjeżdża tylko jeden autobus, który na miejscu jest 3h. 
  • decydując się na wycieczkę zorganizowaną z biura (koszt 250MAD) warto wcześniej ustalić dokładny plan dnia oraz zastanowić się, czy taki nam odpowiada. Cena nie zawiera opłaty ewentualnego przewodnika (50MAD), wejścia do studia filmowego (50MAD) oraz obiadu w najdroższej restauracji w okolicy (ok. 120MAD/os.)
  • zdecydowanie nie jest to trasa dla osób o słabych nerwach. Widoki w Atlasie Wysokim może i są zapierające dech w piersiach, jednak nie jestem przekonana czy warte tylu stresów.

     

Ouarzazate - 11.12.2013 [zdjęcia]

24 grudnia 2013

Przywitanie z Afryką, Maroko 09-13.12.2013, cz.1. - Marrakesz


Kiedy w Polsce zaczyna się sezon zimowy, sypie śnieg, a temperatura spada poniżej zera, w Maroko panują idealne warunki do zwiedzania. Postanowiliśmy to wykorzystać i za niespełna 350zł/RT/os. kupiliśmy bilety EasyJet z Berlina do Marrakeszu, gdzie chcieliśmy rozpocząć swoją przygodę z Afryką. Długo zastanawialiśmy się jak najlepiej zorganizować 4 dni w Maroku, tak aby zobaczyć jego różne oblicza. Wybraliśmy tętniący życiem Marrakesz, nadmorską Essaurię i Ouarzazate nazywane bramą Sahary. Każde z tych miejsc różniło się od siebie diametralnie, jednak wszystkie łączyła egzotyka, ściągająca do Maroka wielu turystów z Europy.



Marrakesz przywitał nas piękną pogodą i sprawił, że od razu polubiłam to miejsce. Już na l
otnisku dało się zauważyć odmienną kulturę oraz mozaiki zdobiące cała halę przylotów. Ponieważ waluty marokańskiej nie można kupić poza granicami Maroka, pierwsze kroki po kontroli paszportowej skierowaliśmy do kantoru. Kantorów zarówno na lotnisku, jak i w całym mieście jest dużo, więc nie ma obawy, że zostaniemy bez pieniędzy. Z pokaźnym plikiem gotówki (można przyjąć, że średni kurs to 1€ = 10MAD) udaliśmy się do Centrum. Do wyboru mieliśmy taksówkę lub komunikację miejską. Niegotowi jeszcze na spotkanie ze zwyczajami panującymi w Maroku, wybraliśmy autobus jadący do samego Centrum, do placu Dżemaa el-Fna, tym bardziej, że w pobliżu mieliśmy zarezerwowany nocleg. Autobus z lotniska kosztuje 30MAD i jedzie ok. 20min. Zapadał już zmrok, na placu Dżemaa el-Fna zbierało się coraz więcej ludzi, zewsząd grała muzyka, słychać było głośne rozmowy i biesiadowanie, a my nie mieliśmy pojęcia, która z tych licznych uliczek przy suku doprowadzi nas do hostelu. Z pomocą policjanta i wskazówkami przesłanymi z hostelu odnalezienie noclegu nie było takie trudne jak początkowo się obawiałam.


Zostawiliśmy rzeczy w pokoju i ruszyliśmy w poszukiwaniu jakiegoś uroczego miejsca, gdzie moglibyśmy zjeść coś lokalnego. Usiedliśmy w jednej z knajpek przy Dżemaa el-Fna i zamówiliśmy sztandarowy tagine, wegetariański dla mnie i z kurczakiem dla Męża. Pierwsze doświadczenie z kuchnią marokańską było dość ekscentryczne.. Dania były świeże, gorące i ... zdecydowanie za mocno doprawione dla mojego europejskiego podniebienia ;) Po kolacji poszwędaliśmy się jeszcze chwilę po Dżemaa el-Fna, ale szybko zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, ponieważ było to dość męczące zajęcie. Każdy coś od nas chciał, każdy chciał nam coś sprzedać, coś zaoferować, coś pokazać.. jednym słowem naciągnąć. Ale to uświadomiłam sobie po kilku dniach spędzonych w Maroku, na chwilę obecną byłam oczarowana egzotyką jaka mnie właśnie otaczała.



Kolejny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie Marrakeszu. Na tą okazję przygotowałam specjalną mapkę z zaznaczonymi najważniejszymi punktami, jakie chcieliśmy zobaczyć. Jednak mapki w Marrakeszu są raczej zbędne. Jak dokładne by nie były i tak biedny turysta pobłądzi, wpadnie w łapy "pomocnego" tubylca, który z nieukrywaną radością zaprowadzi nas do miejsca, którego poszukujemy. Ale nie dajmy się zwieźć, że nasz nowy przyjaciel robi to bezinteresownie. Niestety i my daliśmy się nabrać i przemierzaliśmy coraz to bardziej zakręcone uliczki z nowopoznanym Marokańczykiem w poszukiwaniu Royal Palace, który na mapce w aplikacji TripAdivsor wydawał się być tak blisko, a my przeszliśmy chyba całą medinę, żeby do niego dojść. Jakby tego było mało na koniec chłopak, który wskazał nam drogę chciał pieniądze za udzieloną nam pomoc, bo bez niego to przecież byśmy zginęli... Po kilku dniach spędzonych w Maroku znalazłam sposób na namolne zaczepki. Patrzyłam im prosto w oczy z lekko głupawym uśmieszkiem i powtarzałam w kółko "przepraszam, ale nic nie rozumiem" po czym uśmiechałam się jeszcze szerzej i jak gdyby nic odchodziłam w swoją stronę :) może niezbyt uprzejme, ale skuteczne. 


Miejscami jakie udało się nam zobaczyć tego dnia w Marrakeszu były:
Meczet Kutubijja znajdujący się tuż przy placu Dżemaa el-Fna, Grobowce Saadytów, pałac El Bahia, ogród Majorelle, ogród Menara oraz oczywiście wąskie uliczki Suków. Do większości obiektów wejście kosztuje ok 10MAD, jedynie do ogrodu Majorelle należącego niegdyś do Yves Saint Laurent’a wstęp kosztuje 50MAD, a z przykrością muszę stwierdzić, że był największym rozczarowaniem wyjazdu.


30 listopada 2013

Mój pierwszy lot z Ryanair - ocena

Przez wszystkie niepochlebne opinie, jakie ciągle słyszałam o Ryanair starałam się unikać tego niskobudżetowego przewoźnika jak ognia. Czarny PR głosił, że samoloty są jak autobusy podmiejskie, że stare i niepewne, że nawet piloci boją się nimi latać, bo szefostwo oszczędza na paliwie, że przez cały lot pasażer nękany jest reklamami, że za wszystko trzeba dopłacać i w ogóle Ryanair to ostateczność. Te wszystkie informacje w połączeniu z moim lękiem przed lataniem sprawił, że przez dwa lata naszych podniebnych podróży ani razu nie skorzystaliśmy z usług Ryanair, a każda ewentualność zakupu biletów u właśnie tego przewoźnika doprowadzał mnie do palpitacji serca i zimnych potów.



Do czasu pojawienia się biletów z Warszawy do Dublina w bardzo dobrej cenie i nieodpartej pokusy kupienia ich. Zaryzykowałam, raz się żyje - pomyślałam i tak o to mam za sobą pierwsze dwa loty z Ryanair i potrzebę podzielenia się wrażeniami z podkładu. Nie lubię jak coś mnie ogranicza, a do tej pory czarny PR i strach przed Ryanair ograniczał mnie bardzo, jak się okazało zupełnie nie potrzebnie.
Bramki otwarte, zaczynamy boarding... Z lekką nieśmiałością i szybkim biciem serca idę w kierunku maszyny Boeing 737-800. Pierwsze, co rzuciło mi się to stan techniczny samolotu. Spodziewałam się zardzewiałego złomu, a samolot na który właśnie wchodziłam był praktycznie nowy! Od razu poczułam się pewniej :) W środku również było czysto i bez widocznych oznak wyeksploatowania samolotu. Zdarzało mi się latać znacznie starszymi maszynami. Szybko zajęliśmy wolne miejsca, w Ryanair nie ma numerowanych miejsc, za dodatkową opłatą można wykupić konkretne miejsce podczas odprawy, ale my z tego nie skorzystaliśmy.



Kolejną rzeczą, która zwróciła moją uwagę była rozbrzmiewała z głośników relaksacyjna muzyka towarzysząca podczas przyjmowania pasażerów na pokład. Fajny pomysł, jednak z czasem muzyka wywołała u mnie odwrotny efekt i wzrost napięcie przed startem, pamiętacie scenę z Titanica, kiedy statek tonął a w tle przygrywała orkiestra.. trochę tak się właśnie czułam ;) Dodatkowo mój stres związany z lękiem przed lataniem wzbudzała instrukcja bezpieczeństwa znajdująca się na każdym zagłówku poprzedzającego fotela, nie sposób było na nią nie patrzeć. Zapewne w krytycznych sytuacjach miałoby to swoje dobre strony, bo każdy miałby najważniejsze informacje przed sobą, jednak do momentu startu wolałam nie myśleć o jakichkolwiek krytycznych sytuacjach ;)

Sam lot przebiegł bez najmniejszych niedogodności. Obsługa pokładu przeszła zaledwie kilka razy, z przekąskami, posprzątać i raz oferując Ryanairowe zdrapki. I po raz kolejny miłe zaskoczenie, spodziewałam się znacznie więcej nagabywania stewardes, co dla osób bojących się latać wcale nie musiałoby być minusem, lubię mieć stewardessy w zasięgu wzroku ;) Po wylądowaniu z głośników rozległy się fanfary i oklaski, oznaczające wylądowanie przed czasem. Taka wisienka na torcie.

Z całą pewnością nie był to ostatni lot z Ryanair, tym bardziej, że siatka połączeń z podwarszawskiego Modlina jest bardzo dobrze rozwinięta i daje możliwość odwiedzenia niedostępnych do tej pory miejsc. A nowa strona internetowa pozwala na jeszcze szybsze przeglądanie ofert. Zgodzę się, że za wszystkie dodatkowe usługi trzeba dopłacać: pierwszeństwo wejścia na pokład, konkretne miejsce, bagaż rejestrowany, czy kawę i przekąski, ale nie zapominajmy, że jest to przewoźnik niskobudżetowy. Dzięki temu możemy taniej latać.

Podsumowując: TAK, będziemy latać z Ryanair!

Plusy:
+ flota z nowymi samolotami Boeing 737-800
+ siatka połączeń, trasy krajowe
+ ulepszenie strony internetowej, łatwiejsze przeglądanie ofert
+ cena

 
Minus: 
- lotnisko w Modlinie
- częste zmiany godzin lotu
- dużo reklam podczas odprawy przez Internet

Neutralne:
+/- elementy wzmacniające strach przed startem: muzyka, instrukcja bezpieczeństwa na zagłówkach. Jednak zdaje sobie sprawę, że w awaryjnej sytuacji może uratować to pasażerów.
+/- nienumerowane miejsca

26 listopada 2013

Z serii wypadów jednodniowych - Beauvais, 02.02.2014

Jednodniówki cieszą się coraz większym zamiłowaniem z naszej strony. Są fajną alternatywą dla leniwego weekendu w domowym zaciszu, szybkie i niskobudżetowe :)
Kolejnym miejscem, które odwiedzmy w ramach cyklu wypadów jednodniowych będzie Beauvais, gdzie znajduje się paryskie lotnisko tanich linii lotniczych. Wierze, że ta niewielka "przylotniskowa" miejscowść urzeknie mnie tak samo, jak odwiedzany niedawno Sandefjord czy Bergamo.

Dodatkowo będzie to okazja do podniebnego spotkania z Agnieszką prowadzącą bloga CITY BREAK po polsku :) Pierwszy zLOT już w lutym :)

Latamy z Poznania! 02.02.2014
Poznań - Beauvais - Poznań by WizzAir


25 listopada 2013

Dublin Guinnessem płynący, 16-17.11.2013

Nie da się opisać emocji jakie towarzyszą przy szukaniu tanich biletów lotniczych i satysfakcji, jak już się te bilety znajdzie. A dodatkowo gdy ów znalezisko znajdzie się na jednym z popularnych serwisów o tanim lataniu to już w ogóle rozpiera duma :)) tak było z biletami do Dublina i promocją Ryanair, którą wypatrzył mój Mąż - łowca tanich biletów i która zaraz potem pojawiła się na stornie fly4free.pl - TU :) Nie mogliśmy nie skorzystać z takiej okazji i ruszyliśmy na podbój zielonej wyspy!
Muszę przyznać, że nie były to nasze pierwsze bilety do Irlandii. Zaraz po szkole średniej, kiedy w Polsce zapanował boom emigracyjny i my chcieliśmy wyjechać w poszukiwaniu szczęścia... Na tydzień przed planowanym wylotem zrezygnowaliśmy i zostaliśmy w Polsce, żeby 6lat później odwiedzić Irlandię jako turyści :)
Irlandia ma wiele symboli, z którymi może się kojarzyć, jednak mnie pierwsza rzecz jaka nasuwa się na myśl o Dublinie to.. Guinness. I słusznie, bo historia browaru Giunness sięga już ponad 250lat, przyniósł on ogromną sławę Irlandii na całym świecie. Jednak działalność właściciela tego browaru wykracza poza przygotowywanie najpopularniejszego trunku Irlandii. Rodzina Giunnessa zrobiła bardzo wiele dla Dublina, jako zamożni przedsiębiorcy brali aktywny udział w życiu publicznym, finansując m.in odbudowę najważniejszej katedry w Irlandii - Katedry św. Patryka czy pomagając biedniejszym mieszkańcom Dublina na znalezieniu mieszkania oferując coś na wzór mieszkań socjalnych.


Nasz wyjazd do Dublina był absolutnie spontaniczny, a przygotowanie ograniczyło się jedynie do zarezerwowania noclegu w hostelu w dzielnicy Tempel Bar. Jedynym celem wyjazdu było spróbowania kultowego piwa Guinness w jednym z wielu pubów w Tempel Bar. Nie był to zbyt ambitny cel, ani tym bardziej trudny do zrealizowania, ale za to jaki przyjemny! :) Reszta planu zwiedzania była tworzona na bieżąco, mając do dyspozycji mapkę z Biura Informacji Turystycznej oraz aplikację TripAdvisor.
Lotnisko w Dublinie położone jest ok 30min drogi od centrum miasta. Z lotniska odjeżdża autobus komunikacji miejskiej 747, który kosztuje 6€ w jedną stronę lub 10€ przy zakupie biletu w dwie strony. Wysiedliśmy na głównej ulicy O'Connell street, skąd zaczęliśmy swoją wycieczkę po Dublinie. Na samym środku O'Connell street znajduje się nowoczesna Spire of Dublin, czyli mierząca 120m "szpilka" będąca w samym sercu Dublina. Z O'Connell street ruszyliśmy wzduż rzeki Liffey w kierunku mostu im. Samuela Becketta, nawiązującego swoim kształtem do harfy, kolejnego symbolu współczesnego Dublina, a po drodze mijaliśmy The Custom House. Z mostu im. Samuela Becketta przeszliśmy w okolicę Pearse Square Park, niewielkiego miejskiego skweru, wkoło którego znajdują się charakterystyczne niskie bloki w stylu gregoriańskim, wykonane z cegły, charakteryzujące się regularnymi, symetrycznymi kształtem budynków oraz kolorowymi, uroczymi drzwiami. Dalej ruszyliśmy w stronę Trinity College, a następnie już do głównego punktu wycieczki, na Temple Bar. Atmosfera na Temple Bar jest wyjątkowa, podobna nieco do tej panującej w Amsterdamie, jednak wydaje mi się, że Irlandczycy są bardziej otwarci w stosunku do obcych. Trudno w to uwierzyć, ale w sobotę o godzinie 17.00 trudno było znaleźć wolny stolik w którymkolwiek pubie na Tempel Bar, a jest ich tam mnóstwo! Zostawiliśmy rzeczy w hostelu zabraliśmy się na realizowanie celu wyjazdu :D Przeciskając się przez tłum ludzi w cieszącym się największą popularnością pubie w Dublinie The Temple Bar udało się nam zająć miejsce siedzące i rozkoszować się kremowym, gęstym Guinnessem. Jednak nie wszyscy mieli tyle szczęścia co my, wiele osób stało, ale wszyscy bardzo dobrze się bawili :) muzyka na żywo, głośnie rozmowy i śmiechy, w takim miejscu nikt nie czuje się samotny!


Drugiego dnia po skromnym, ale smacznym śniadaniu w hostelu udaliśmy się w kierunku Christ Church Cathedral, aby zobaczyć również nieco inne oblicze Dublina, niż do tej pory. Katedra Kościoła Chrystusowego wraz z katedrą św. Patryka należąca do kościoła Irlandii, wywodzącego się z tradycji protestanckiej. Wejście do obu katedr jest płatne dla zwiedzających, co było dla mnie małym zaskoczeniem. Jednak z zewnątrz też urzekają swoją architekturą. Katedra św. Patryka była następnym punktem naszej wycieczki. Znajduje się ona na terenie dużego ogrodu zamykanego na porę nocną. Dalej przeszliśmy do Zamek Dublińskiego, a właściwie to pozostałości jakie po nim zostały i w sumie tyle jeżeli chodzi o zabytki w tym mieście. Mając do dyspozycji trochę wolnego czasu postanowiliśmy udać się do znajdującego nie nieco poza obrzeżami ścisłego centrum Guinness Storehouse. Aby trafić do browaru nie potrzebne są żadne mapy, w całej okolicy unosi się zapach palonego jęczmienia i wygazowanego piwa. W Guinness Storehouse można poznać historię marki bądź dowiedzieć się różnych ciekawostek, że perfekcyjną pintę Guinnessa nalewa się dwustopniowo przez 119.53 sek, a pianka powinna mieć wysokość 14-21milimetrów. Jednak żeby poznać fenomen Guinnessa trzeba go po prostu skosztować!

wskazówki:
- bilet na autobus 747 na trasie lotnisko-centrum kosztuje 6€ w jedną stronę lub 10€ w dwie strony, bilety można kupić w maszynie na przystanku przed terminalem
- wejście do budynków sakralnych wchodzących w skład Kościoła Irlandzkiego jest płatne dla zwiedzjących
- koszt Guinnessa w the Temple Bar to 6€