21 maja 2013

Wyprawa na wschód, Lwów 10-11.09.2012




Na temat Lwowa i Ukrainy krąży wiele mitów, i jeszcze więcej stereotypów... że na wschodzie jest niebezpiecznie, że tanio, że ciepła woda tylko w wyznaczonych godzinach, że kolejki na granicy, że ukraińskie dziewczyny najpiękniejsze...

Mimo, że Lwów jest tak blisko nas, nigdy wcześniej nie miałam okazji odwiedzić tego miasta. Brak sprecyzowanych planów na pierwszy tydzień urlopu, szybka kalkulacja i decyzja podjęta - jedziemy! W Internecie opisanych było wiele sposobów dotarcia do Lwowa, jednak wybraliśmy najwygodniejszą i najszybszą, wydawałoby się, możliwość połączenia Warszawa-Lwów, bezpośrednim busem przewoźnika Polonus. Udaliśmy się na Dworzec Zachodni w Warszawie, aby zakupić bilety i tam pierwsze zaskoczenie... Bilet owszem możemy kupić, ale tylko w jedną stronę. Zadzwoniłam na informację PKP zapytać jak sytuacja wygląda gdybyśmy chcieli pojechać pociągiem, usłyszałam to samo, co w przypadku busa, bilet powrotny można zakupić jedynie we Lwowie... Nie ukrywam, że sytuacja z zakupem biletów oraz bus widmo, o którym nikt nic nie wie i nie wiadomo, o której godzinie dojedzie do miejsca docelowego oraz jaki jest koszt biletu powrotnego nadała naszej wyprawie nieco pikanterii, a tajemniczy wschód stał się jeszcze bardziej egzotyczny. Pełni entuzjazmu, spakowani i z biletem w jedną stronę udaliśmy się na podbój Lwowa.


Podróż przebiegła bez większych problemów, chociaż standard i cena przewoźnika do Lwowa znacznie odbiegał od Polskiego Busa, jakim mieliśmy okazję jechać do Wiednia czy Pragi. Cena za bilet w jedną stronę do Lwowa to 90zł (powrotny, jak się później okazało, był nieco droższy). Na granicy spędziliśmy niecała godzinę i spokojnie pojechaliśmy dalej. Nie trzeba było dalko jechać, aby urzekł mnie ukraiński krajobraz. W miejscowościach, przez które przejeżdżaliśmy widać było ubóstwo, na podwórkach stały stare samochody, rozpadające się gospodarstwa, a zaraz obok cerkwie oślepiały blaskiem pozłacanych kopuł. Takie kontrasty i sprzeczności można zaobserwować również we Lwowie. Na Stryjski dworzec autobusowy dotarliśmy po 12h jazdy. Budynek dworca jest jednym z najładniejszych w całym mieście. Kupiliśmy bilety powrotne na następny dzień i udaliśmy się do hostelu, aby zdążyć przed zmrokiem. Hostel zlokalizowany był w samym centrum miasta, tuż przy prospekcie Swobody, 20min spacerkiem od dworca. Po zameldowaniu się zostawiliśmy rzeczy i udaliśmy się w poszukiwaniu miejsca, gdzie moglibyśmy zjeść kolacje. Około godziny 21 zrobiło się całkiem ciemno, a w oczy rzucił się brak oświetlenia miasta. Latarnie bardzo słabo oświetlały uliczki w centrum, nie było żadnych reklam czy neonów, nawet zabytki nie miały iluminacji świetlnej. W drodze do hotelu weszliśmy do sklepu kupić piwo na wieczór i przy okazji obalić kolejny mit - ceny alkoholu. W centrum ceny były bardzo zbliżone do naszych, być może za sprawą Euro2012, jakie miało miejsce latem tego roku. Generalnie wszystkie ceny były bardzo podobne do naszych, jedynie komunikacja miejsca faktycznie była tańsza, jednorazowy przejazd kosztuje ok 0,7zł.


Zwiedzanie Lwowa zaczęliśmy od spaceru prospektem Swobody, przeszliśmy deptakiem od Opery Lwowskiej do pomnika Adama Mickiewicza. Następnie udaliśmy się w stronę rynku mijając katedrę ormiańską i Arsenał Miejski. Lwów jest przepięknym miastem, ale bardzo biednym. Normalnym widokiem były zniszczone kamienice, zapuszczone podwórka i stare samochody, które nie zdziwiłabym się gdyby wcale nie były na chodzie. Gdyby miasto miało środki na renowację zabytków i kamienic z pewnością byłoby w pierwszej 10 najpiękniejszych stolic Europie! Chociaż dla mnie już znajduje się w tym rankingu :) Rynek Lwowa architektonicznie jest bardzo podobny do naszych polskich starówek. Najpopularniejszą kamienicą na lwowskim rynku jest renesansowa Czarna Kamienica, w której obecnie mieści się ukraińskie Muzeum Historyczne. Na Rynku znajduje się również ratusz miejski, z wieżą widokową. Wejście na górę kosztuje 15UAH.





Następnie udaliśmy się w stronę wzgórza zwanego Wysokim Zamkiem skąd podziwiać można panoramę Lwowa. Ponieważ zbliżała się pora obiadu postanowiliśmy wrócić na Rynek, aby odnaleźć kontrowersyjną dla Polaków restaurację - "Kryjówka". Adres, jaki udało się nam znaleźć w Internecie to Rynek 14, jednak Kryjówka nie ma szyldu, jest ukryta za wielkimi drewnianymi drzwiami, które otwiera mężczyzna w stroju partyzanta z karabinem w ręku, a wejść można tylko na hasło "Слава Україні - Героям слава!", co znaczy "chwała Ukrainie - bohaterom chwały!". W restauracji panuje specyficzny wystrój, na ścianach wiszą karabiny, dania podawane są w menażkach, wszędzie wyczuwa się militarny klimat. Ze względu na historię polsko-ukraińską podczas II wojny światowej restauracja nie cieszy się popularnością wśród Polaków, my jednak postanowiliśmy zapomnieć na chwilę o przeszłości i spróbować najlepszych pierogów i barszczu ukraińskiego w mieście. Było warto!


Po obiedzie ruszyliśmy na dalsze zwiedzenie Lwowa. Moje zamiłowanie do kultury ludowej po raz kolejny skierowało nas do skansenu. Jednak skansen we Lwowie, w porównaniu z tym, jaki mieliśmy okazję zwiedzać w Sztokholmie, jest niewielki i ... martwy. Troszkę rozczarowani wróciliśmy na prospekt Swobody, ochłodzić się przy fontannie i wypić orzeźwiające piwo. To był ten czas, kiedy na spokojnie mogłam przyjrzeć się ludziom spacerującym po mieście, a w szczególności Ukrainkom i muszę przyznać, że ten mit jest faktem... Ukrainki są piękne i bardzo eleganckie.





Późnym wieczorem wróciliśmy na dworzec i ruszyliśmy w drogę powrotną. Niestety droga powrotna nie przebiegła tak bezproblemowo, jak ta z dnia poprzedniego. Na samej granicy spędziliśmy ponad 5h! Kolejny mit okazał się być prawdą...

1 komentarz:

  1. Dzień dobry. Zauważyłam, że ostatnio ktoś wysyłał z mojego konta jakieś obrzydliwe wiadomości. Zapewne poczuli się Państwo słusznie obrażeni za co bardzo przepraszam i jest mi niezmiernie przykro. To się więcej nie powtórzy.

    OdpowiedzUsuń