18 czerwca 2013

Japonia na 7godzin? Czemu nie! Narita, 24.03.2013


Błędy taryfowe w systemach rezerwacyjnych linii lotniczych, choć nieczęsto, jednak się zdarzają, a specjalistą od tego typu atrakcji jest włoski przewoźnik Alitalia. Właśnie z jednej takiej "promocji" postanowiliśmy skorzystać, kiedy na stronie pojawiły się bilety z Mediolanu do Bari z przesiadką... w Tokio! Cała trasa Mediolan-Rzym-Tokio-Rzym-Bari dostępna była w cenie 85euro. Mimo, że w Japonii mieliśmy do dyspozycji jedynie 7h, miałam cichą nadzieję, że uda się przebookować bilet na inną datę, bądź też kupić bilet powrotny w równie dobrej cenie i spędzić w Azji nieco więcej czasu. Tak się niestety nie stało, mieliśmy bilety do Tokio jedynie na 7h. Do tego jak się później okazało lotnisko oddalone jest od miasta ok 80km, więc niewiele czasu zostałoby na zwiedzanie, nie mówiąc już o jakichkolwiek zakupach... Pod samym lotniskiem znajduje się niewielka miejscowość Narita, która na zdjęciach wydawała się równie interesująca. Podjęliśmy decyzje - lecimy! Zdecydowanie będzie to najbardziej szalona rzecz w naszym życiu :) poza tym druga okazja zobaczyć kwitnące wiśnie w Japonii może się już nie powtórzyć.
Lot z Mediolanu do Rzymu przebiegł szybko i nawet przyjemnie. W jednej tylko chwili zawahałam się, kiedy zobaczyłam pilota, około 40stki, opalony, czarne kręcone włosy połyskujące od brylantyny, tak jakoś skojarzył mi się z kapitanem statku Costa Concordia... ale po 40 min bezpiecznie wylądowaliśmy w Rzymie, aby przesiąść się na lot do Tokio. Na lotnisku mieliśmy ponad 3 godziny, bez pośpiechu zjedliśmy śniadanie i nadszedł czas, aby psychiczne przygotowanie się na podróż Boeingiem 777. Nasz samolot widzieliśmy z hali odlotów. Był ogromny! Airbus A320, którym najczęściej latamy wygląda przy nim jak zabawka! W milczeniu siedzieliśmy wpatrzeni w maszynę i oboje myśleliśmy o tym samym... czy oby na pewno? 12h w samolocie, po to żeby wyjść z niego na 7h, zjeść sushi i spędzić kolejne 12h w drodze powrotnej... Jak ja nienawidzę latać! Rozpoczął się boarding. Spojrzałam na Męża i z przerażeniem w oczach zapytałam "Chcesz lecieć?". Nie było już odwrotu. Zajęliśmy swoje miejsca w klasie ekonomicznej, obok nas starsza Japonka. Samolot wypełniony był w 100%, z czego zdecydowana większość to Azjaci. Lot przebiegł bardzo spokojnie, kilka razy napotkaliśmy turbulencje i pojawił się komunikat "zapiąć pasy", ale nie trwały one długo. Generalnie podróż większym samolotem jest mniej dokuczliwa. Mam na myśli tych, którzy boją się latać ;) Zarówno start, jak i sam lot nie jest taki straszny i odczuwalny, jak w przypadku mniejszych samolotów. Po godzinie od wystartowania obsługa podała obiad, do wyboru menu włoskie i japońskie. Wybraliśmy japońskie :) Później serwowane były ciasteczka, napoje bez ograniczeń, w tym również wino, a na godzinę przed lądowaniem serwowali śniadanio-kolacje w zależności, na którą strefę czasową patrzeć.
W Naricie wylądowaliśmy o 7.00 czasu lokalnego, czyli 23.00 czasu naszego. Przeszliśmy odprawę paszportową, wypełniliśmy wniosek wizowy i odbyliśmy krótką rozmowę z celnikiem, któremu trudno było uwierzyć, że przylecieliśmy do Japonii na jeden dzień, a właściwie na 7h. Całe szczęście odbyło się bez szczegółowej kontroli i po chwili byliśmy już na obcym kontynencie! Powitały nas tablice "Welcome to Japan".

Przed wyruszeniem na spotkanie z Japonią jeszcze tylko ekspresowa poranna toaleta na lotnisku... i tutaj pierwszy wstrząs. Muszla klozetowa była tak zautomatyzowana, że ciężko było domyśleć się, który przycisk służy do spuszczania wody. Grało, śpiewało, czekałam tylko aż się włączą się lampeczki LED, będzie dyskoteka na całego i fanfary na zakończenie, jak w tych inteligentnych nocniczkach ;) Muszę przyznać, że był to najdroższy prysznic jaki kiedykolwiek brałam, 10€ za 30min, ale możliwość wykąpania się po 12h w samolocie jest bezcenna! Zostawiliśmy bagaże w przechowalni i udaliśmy się na pociąg do Narity. Pociągi odjeżdżają co kilkadziesiąt minut, jedzie ok 30min i kosztują 250¥ (około 2,5€). Po godzinie 9.00 czasu lokalnego byliśmy na miejscu. Tak wcześnie, do tego w niedzielę, miasto jeszcze śpi. Plan zwiedzania mieliśmy prosty i bardzo ograniczony: zobaczyć świątynię Shinshoji, zobaczyć kwitnące wiśnie w parku obok świątyni i chociaż trochę poczuć panujący tutaj klimat. Do świątyni prowadzi ulica Omotesando, główna ulica w mieście, na której znajdują się liczne sklepiki z pamiątkami, czy restauracje, gdzie kucharze na oczach przechodniów oprawiają węgorza. Po drodze wstąpiliśmy do marketu po prawdziwe japońskie sushi, które mimo, że sklepowe było smaczniejsze niż te, które jedliśmy u nas w restauracjach. Kompleks świątyń Shinshoji został wybudowany w 940 roku p.n.e. i jest jednym z najbardziej znanych świątyń buddyjskich w Japonii. Rocznie przyjeżdza tutaj ponad 12milionów odwiedzających, po to aby prosić o bezpieczeństwo, szczęście i dobrobyt. Uroczyste modlitwy i rytuały są wykonywane przez kapłana kilka razy w ciągu dnia, i są otwarte dla wszystkich. Wszystkiemu towarzyszą głośne uderzenia bębna. W obrębie świątyni znajduje się kilka budynków z charakterystyczną architekturą, tak egzotyczną dla nas, Europejczyków. Następnie wybraliśmy się do dużego parku z jeziorami i pięknym ogrodem japońskim. Mimo, że zima w tym roku była wyjątkowo długa, drzewa wiśni zdążyły zakwitnąć na nasz przylot! Teraz byłam już pewna, dla takiego widoku warto było przemęczyć się tyle godzin w podróży :)

Czas szybko zleciał, dochodziło południe, turystów przybywało, trzeba było wracać na lotnisko. Odwiedziliśmy jeszcze okoliczne sklepiki, aby kupić pamiątki dla najbliższych: tradycyjne pałeczki, ręcznego wyrobu przepiękne pocztówki, słodycze, breloczki Gejszy, opaskę kamikaze oraz japońskiego świerszczyka... hmm co te Azjatki w sobie mają? ;)
Lot powrotny przebiegł równie spokojnie jak poprzedni. O godzinie 21.00 naszego czasu wylądowaliśmy w Rzymie, gdzie mieliśmy spędzić kolejne 3dni! Ach, czekał nas zasłużony odpoczynek w moim ulubionym miejscu na ziemi, Włochy :) tymczasem jedyne, o czym marzyłam to łóżko...

3 komentarze:

  1. 7h w Japonii brzmi abstrakcyjnie, ale zazdroszczę ! Uwielbiam takie "niekonwencjonalne" pomysły na podróże. Cóż, pozostaje mi samej polować na błędy w systemach rezerwacyjnych. Pozdrawiam i gratuluje bardzo dobrego bloga ! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nam również pomysł spędzenia 7h w Japonii początkowo wydawał się absurdalny, ale zdecydowanie było warto! niezapomniana przygoda i numer 1 na liście szalonych rzeczy jakie miałam okazje zrobić ;) ciesze się, że blog się podoba i zapraszam częściej! Pozdrawiam, Marta

      Usuń
  2. Japonski pornol i przekroczyliscie jeszcze jedna granice - granice zenady. Faktycznie jest czym sie "pochwalic" na blogasku...

    OdpowiedzUsuń