18 września 2013

Módl się w Palermo, 10-12.09.2013, oblotówka Bella Italia cz. 2/3


Trudno mi powiedzieć, dlaczego właśnie Palermo od zawsze widniało na mojej liście miejsc, które chciałabym odwiedzić. We Włoszech jest przecież wiele piękniejszych miejsc, którymi można zachwycać się dniami i nocami, ale to stolica Sycylii pociągała mnie najbardziej. Z nieznanych mi powodów takim samym uwielbieniem darze klimaty Ameryki Południowej, czy moje największe marzenie podróżnicze... Kubę. Wszystkie te miejsca łączy specyficzny klimat, w którym da się wyczuć niezbyt pochlebną historię tych miejsc związaną z organizacjami przestępczymi. Być może dlatego w Palermo na każdym kroku spotkamy kościoły, na każdym budynku kapliczki zdobione lampkami nadającymi im charakterystyczny nastrój przepychu, przy każdym straganie wisi obrazek z wizerunkiem świętego, wszędzie widać podobiznę Matki Boskiej, nawet na skuterach. Być może mają one uchronić mieszkańców przed wszelaką krzywdą nadając tym samym nieco smutny wygląd miastu. Pierwsze chwile na ulicach Palermo tuż po wizycie we Florencji były dla mnie niemałym wstrząsem. Ze zdjęć oraz przewodników wiedziałam jak wygląda miasto i czego można się spodziewać na miejscu, jednak zobaczenie tego na własne oczy i przyzwyczajenie się do zupełnie innych Włoch jakie znałam do tej pory wymagało nieco czasu. Turystów jest tutaj zdecydowanie mniej, błąkając się uliczkami starego miasta czułam się jak intruz, szczególnie przypadkowo zachodząc na targ Capo w godzinach popołudniowych. We wszystkich przewodnikach zalecają ostrożność, moja pewność siebie ulatnia się, ale po chwili strach odpuszcza, wstrząs mija i pozostaje jedynie fascynacja oraz delektowanie się obrazami Palermo, strasznymi i pięknymi jednocześnie.

Hotel mieliśmy usytuowany w bardzo dobrej lokalizacji, w samym centrum starego miasta, tuż przy Quattro Canti, głównym skrzyżowaniu via Vittorio Emanuele. Mimo dobrej orientacji w terenie mieliśmy mały problem z odnalezieniem numeru pod którym znajdował się hotel i tutaj pojawiło się moje pierwsze spostrzeżenie na temat Sycylijczyków... są bardzo pomocni, ale mało kto zna i używa angielski! Przez te kilka dni odczuliśmy to wielokrotnie, bez znajomości włoskiego, ciężko komunikować się z miejscowymi. Mimo, że moja znajomość języka włoskiego ogranicza się jedynie do karty menu, a i ta potrafi mnie zaskoczyć, udało się nam porozumieć z miejscowymi, głównie na migi ;) Warto w tym miejscu dodać że, język włoski znacznie różni się od sycylijskiego! Początkowo wydawało mi się, że język sycylijski jest jedynie dialektem włoskiego, ale okazało się, że to odrębny język, z inną pisownią, inna gramatyką oraz zupełnie odmiennym brzmieniem. Są one jednak na tyle podobne, że przy odrobinie znajomości włoskiego bez problemów można zrozumieć i posługiwać się językiem sycylijskim. Ja, bez tej znajomości, czułam się czasem lekko zagubiona.


Również w lokalnych trattoriach trudno o menu w języku angielskim, a i pomoc ze strony kelnera, który często także nie porozumiewa się w innym języku niż sycylijski i włoski, ciężko liczyć. Takim też sposobem mogliśmy spróbować dania z kuchni lokalnej o tajemniczej nazwie spaghetti con sarde, na który prawdopodobnie byśmy się nie zdecydowali, gdybyśmy wiedzieli z czego się składa... przyznam szczerze, że był to najdziwniejszy makaron jaki kiedykolwiek jadłam! z nazwy łatwo wywnioskować, że jest to makaron z sardynkami, ale kto by się spodziewał połączenia pomidorów, orzeszków pinii, bułki tartej i ... rodzynek?! właśnie tak! bułka tarta, rodzynki i sardynkami na jednym talerzu! czy było smaczne? specyficzne ;) Totalny mix smaków, ale najwidoczniej jest to tutejszy przysmak, bo przepis na makaron spaghetti con sarde znajduje się również z książce z kuchnią sycylijską, którą przywiozłam jako jeden z suvenirów. Być może któregoś dnia podzielą się z Wami przepisem na najdziwniejszy makaron w dziele "smaki świata"... chociaż nie jestem pewna, czy chciałabym wracać do tego smaku ;)

Innym specjałem jaki miałam okazją skosztować w tej części Włoch były kolorowe owoce sprzedawane dosłownie wszędzie: na targu, przy ulicznym straganie, w sklepie. Pomarańczowe, zielone, żółte, różowe.. Zapewne nie wiedziałabym jak się do nich zabrać, gdyby nie jedno ze stoisk na Ballaro, gdzie można było kupić świeżo obrane i przygotowane do zjedzenia owoce. Swoją drogą na targu było dużo warzyw i owoców, które widziałam pierwszy raz w życiu. Nasza zagadka tajemniczych owoców rozwiązała się w drodze na górę Monte Piaggio, gdzie zobaczyliśmy ów owoce w ich naturalnym środowisku... rosnące na kaktusach, a dokładnie na opuncjach figowych.

Niewątpliwym przysmakiem pochodzącym z Palermo są popularne również w innych rejonach Włoch - cannolo, słodkie rurki nadziewane serkiem riccota z owocami kandyzowanymi, podawane na zimno. Ich smak zaskoczył mnie bardzo pozytywnie! Z doświadczenia wiem, że włoskie słodycze są okropnie słodkie, dlatego spodziewałam się raczej ciężkiego, wręcz mdłego deseru z nadzieniem podobnym do kremu w napoleonce, ale ten bardziej przypomina słodki twaróg, czy sernik. Schłodzone, nawet w upalny dzień spakowało niebiańsko!

Zwiedzanie Palermo z pewnością utrudnia panujący tutaj, również we wrześniu, okropny upał. Jeżeli w szczycie sezonu temperatura jest jeszcze wyższa, szczerze odradzam przyjeżdżanie na Sycylię w środku lata!

Pierwszy dzień w Palremo rozpoczęliśmy od spaceru na Piazza Pretoria, pośrodku którego znajduje się piękna fontanna, zwana z uwagi na nagie postacie fontanną wstydu. Dalej udaliśmy się do Teatro Massimo i w kierunku monumentalnego budynku poczty głównej. Chodziliśmy wąskimi uliczkami starego miasta mijając co chwilę inne kościoły. Idąc ulicą via Vittorio Emanuele w stronę morza doszliśmy do parku Giardino Garibaldi, w którym rosną ogromne drzewa figowca puszczające liany zakorzeniające się w podłożu, skąd potoczna nazwa drzewa figowiec dusiciel. Kolejnym przystankiem była niewielka plaża zajęta głównie przez bezdomnych i skwer Terrazza a Mare, skąd mogliśmy podziwiać hipnotyzujący lazur wody. Wróciliśmy główną ulicą via Vittorio Emanuele udając się w kierunku Katedry. Wcześniej jednak skręciliśmy na jeden z trzech targów w Palermo - Capo. Prawdą jest, że dopiero na targach możemy poczuć prawdziwe Palermo, kolorowe i krzykliwe. Sprzedawcy przekrzykują się wzajemnie zachęcając do zakupów na swoich straganach, na których znajdziemy wszystko. Miejsce jedyne w swoim rodzaju. W pobliżu targu znajduje się kościół S.S. Quaranta Martiri Pisani oraz dell'Immacolata, oba ozdobione lampkami jak na Boże Narodzenie, a mamy dopiero wrzesień.. Dlatego przypuszczam, że to stały element wystroju tej części miasta. Następnie udaliśmy do jednego z głównych zabytków Palermo - Kaplicy Palatine, pięknej budowli z XIIw. Dzień zakończyliśmy spacerem pod Palazza dei Normanni.


Kolejnego dnia, tuż po śniadaniu, wyruszyliśmy na zwiedzanie katakumb Kapucynów oddalonych około 2km od Quattro Canti. Długo zastanawiałam się, czy na pewno chcę wchodzić do grobowca, gdzie sale wypełnione zabalsamowanymi zwłokami mieszkańców otwarte są dla turystów za jedyne 3euro. Ciekawość zwyciężyła. Pierwszy widok nieboszczyków wprawia w osłupienie, tysiące ciał ubranych w stroje z epoki, poukładane w różnych salach, leżą lub stoją, kobiety, mężczyźni, dzieci, z każdej strony spoglądają na nas zwłoki. Po chwili jednak przerażenie mija, a stroje, w które ubrane są zmumifikowane ciała sprawiają, że całość wygląda nienaturalnie, wręcz przerysowanie. Całość dopełniają stragany przed wejściem, na których można zakupić pamiątki i pocztówki z wizerunkiem zwłok. Osobiście byłam trochę rozczarowania komercyjnym podejściem tego miejsca i z lekkim niesmakiem ruszyliśmy w dalszą trasę po Palermo, udając się w kierunku drugiego z trzech targów Ballaro. Po drodze mijaliśmy Pallazo degli Sclafani oraz Torre di S.Nicolo. Z targu przeszliśmy ulicą Via Maqueda na Politeme skąd odjeżdża autobus 812 w stronę Monte Piaggio, idealnego punktu widokowego na całe miasto. Bilet w jedną stronę kosztuje 1,3euro, a już sama jazda po stromych, wąskich i krętych uliczkach jest nie lada przeżyciem. Jeszcze nigdy tak kurczowo nie trzymałam się poręczy w autobusie, nie mówiąc już o zamykaniu oczu z obawy przed katastrofą ;) Na górze znajduje się kościół św. Rozali, patronki Palermo, a jeszcze kawałek wyżej punkt widokowy. Droga powrotna była już zdecydowanie przyjemniejsza. Wysiedliśmy dwa przystanki przed końcową Politemą i weszliśmy do parku miejskiego Giardino Inglese, odpocząć chwilę od panującego na ulicach zgiełku. Po obiedzie w jednej z trattorii przespacerowaliśmy ostatni raz uliczkami starej części miasta i pomału czas w Palermo dobiegał końca. Został już ostatni przystanek naszej oblotówki - Neapol.

wskazówki:
- osoby nieposługujące się językiem włoskim dobrze jak zabiorą ze sobą słowniczek lub
rozmówki włoskie, w Palermo mało kto zna angielski
- ze względu na pogodę zdecydowanie odradzam przyjazd Sycylii w szczycie sezonu. Nawet we
wrześniu przywitały nas 32 stopnie Celcjusza co znacznie utrudniało zwiedzanie!
- mimo bezpośredniego dostępu do morza w Palermo nie ma plaż miejskich, chętni na wypoczynek na plaży muszą liczyć się z wycieczką za miasto
- w starej części miasta trudno o sklep spożywczy, jedyny jaki udało się nam znaleźć znajduje się przy parku Giardino Garibaldi (via Salita Partanna 1)

3 komentarze:

  1. Bardzo fajny post! Znalazłam kilka cennych wskazówek, z których skorzystam już za miesiąc, podczas mojej podróży na słoneczna Sycylię :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ach.. Sycylia :) ale Tobie super, że tam lecisz! z przyjemnością bym tam wróciła. A Palermo jest świetnym miejscem, z pewnością Ciebie również nie zawiedzie :) ciesze się, że post się przydał :)

      Usuń