24 grudnia 2013

Przywitanie z Afryką, Maroko 09-13.12.2013, cz.1. - Marrakesz


Kiedy w Polsce zaczyna się sezon zimowy, sypie śnieg, a temperatura spada poniżej zera, w Maroko panują idealne warunki do zwiedzania. Postanowiliśmy to wykorzystać i za niespełna 350zł/RT/os. kupiliśmy bilety EasyJet z Berlina do Marrakeszu, gdzie chcieliśmy rozpocząć swoją przygodę z Afryką. Długo zastanawialiśmy się jak najlepiej zorganizować 4 dni w Maroku, tak aby zobaczyć jego różne oblicza. Wybraliśmy tętniący życiem Marrakesz, nadmorską Essaurię i Ouarzazate nazywane bramą Sahary. Każde z tych miejsc różniło się od siebie diametralnie, jednak wszystkie łączyła egzotyka, ściągająca do Maroka wielu turystów z Europy.



Marrakesz przywitał nas piękną pogodą i sprawił, że od razu polubiłam to miejsce. Już na l
otnisku dało się zauważyć odmienną kulturę oraz mozaiki zdobiące cała halę przylotów. Ponieważ waluty marokańskiej nie można kupić poza granicami Maroka, pierwsze kroki po kontroli paszportowej skierowaliśmy do kantoru. Kantorów zarówno na lotnisku, jak i w całym mieście jest dużo, więc nie ma obawy, że zostaniemy bez pieniędzy. Z pokaźnym plikiem gotówki (można przyjąć, że średni kurs to 1€ = 10MAD) udaliśmy się do Centrum. Do wyboru mieliśmy taksówkę lub komunikację miejską. Niegotowi jeszcze na spotkanie ze zwyczajami panującymi w Maroku, wybraliśmy autobus jadący do samego Centrum, do placu Dżemaa el-Fna, tym bardziej, że w pobliżu mieliśmy zarezerwowany nocleg. Autobus z lotniska kosztuje 30MAD i jedzie ok. 20min. Zapadał już zmrok, na placu Dżemaa el-Fna zbierało się coraz więcej ludzi, zewsząd grała muzyka, słychać było głośne rozmowy i biesiadowanie, a my nie mieliśmy pojęcia, która z tych licznych uliczek przy suku doprowadzi nas do hostelu. Z pomocą policjanta i wskazówkami przesłanymi z hostelu odnalezienie noclegu nie było takie trudne jak początkowo się obawiałam.


Zostawiliśmy rzeczy w pokoju i ruszyliśmy w poszukiwaniu jakiegoś uroczego miejsca, gdzie moglibyśmy zjeść coś lokalnego. Usiedliśmy w jednej z knajpek przy Dżemaa el-Fna i zamówiliśmy sztandarowy tagine, wegetariański dla mnie i z kurczakiem dla Męża. Pierwsze doświadczenie z kuchnią marokańską było dość ekscentryczne.. Dania były świeże, gorące i ... zdecydowanie za mocno doprawione dla mojego europejskiego podniebienia ;) Po kolacji poszwędaliśmy się jeszcze chwilę po Dżemaa el-Fna, ale szybko zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, ponieważ było to dość męczące zajęcie. Każdy coś od nas chciał, każdy chciał nam coś sprzedać, coś zaoferować, coś pokazać.. jednym słowem naciągnąć. Ale to uświadomiłam sobie po kilku dniach spędzonych w Maroku, na chwilę obecną byłam oczarowana egzotyką jaka mnie właśnie otaczała.



Kolejny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie Marrakeszu. Na tą okazję przygotowałam specjalną mapkę z zaznaczonymi najważniejszymi punktami, jakie chcieliśmy zobaczyć. Jednak mapki w Marrakeszu są raczej zbędne. Jak dokładne by nie były i tak biedny turysta pobłądzi, wpadnie w łapy "pomocnego" tubylca, który z nieukrywaną radością zaprowadzi nas do miejsca, którego poszukujemy. Ale nie dajmy się zwieźć, że nasz nowy przyjaciel robi to bezinteresownie. Niestety i my daliśmy się nabrać i przemierzaliśmy coraz to bardziej zakręcone uliczki z nowopoznanym Marokańczykiem w poszukiwaniu Royal Palace, który na mapce w aplikacji TripAdivsor wydawał się być tak blisko, a my przeszliśmy chyba całą medinę, żeby do niego dojść. Jakby tego było mało na koniec chłopak, który wskazał nam drogę chciał pieniądze za udzieloną nam pomoc, bo bez niego to przecież byśmy zginęli... Po kilku dniach spędzonych w Maroku znalazłam sposób na namolne zaczepki. Patrzyłam im prosto w oczy z lekko głupawym uśmieszkiem i powtarzałam w kółko "przepraszam, ale nic nie rozumiem" po czym uśmiechałam się jeszcze szerzej i jak gdyby nic odchodziłam w swoją stronę :) może niezbyt uprzejme, ale skuteczne. 


Miejscami jakie udało się nam zobaczyć tego dnia w Marrakeszu były:
Meczet Kutubijja znajdujący się tuż przy placu Dżemaa el-Fna, Grobowce Saadytów, pałac El Bahia, ogród Majorelle, ogród Menara oraz oczywiście wąskie uliczki Suków. Do większości obiektów wejście kosztuje ok 10MAD, jedynie do ogrodu Majorelle należącego niegdyś do Yves Saint Laurent’a wstęp kosztuje 50MAD, a z przykrością muszę stwierdzić, że był największym rozczarowaniem wyjazdu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz