31 grudnia 2014

Podsumowanie 2014 & życzenia noworoczne

Koniec roku to taki magiczny czas, który składania mnie do przemyśleń jaki był, co udało się zrealizować i co dobrego może przynieść kolejny. 2014 był dla mnie wyjątkowy. Mimo, wielkich planów i chęci, podróżniczo okazał się nie być tak fascynujący jak poprzedni, chociaż udało się odkryć kilka podróżniczych perełek :) Statystycznie 2014 również wypada nieco "słabiej" od poprzedniego, jednak śmiało mogę powiedzieć, że był to rok spełniających się marzeń.. i właśnie w tym roku rozpoczęła się nasza podróż życia, pełna wyzwań oraz wzruszających momentów.

W roku 2014 odbyliśmy 13 lotów, pokonując łącznie 17 127km, co daje prawie 30h w powietrzu. Dodatkowo dwukrotnie korzystaliśmy z oferty Simple Express odwiedzając sąsiadującą Litwę. Byliśmy na 4 jednodniówkach, dwa razy spaliśmy na lotnisku, odkrywaliśmy nieodkrytą Gruzję, spędziliśmy pierwszy dzień wiosny w pysznej Bolonii i zrealizowaliśmy dwa punkty z podróżniczej listy marzeń :) 



Miejscami, które mieliśmy zaplanowane i dopięte prawie na ostatni guzik, ale do których nie udało się dotrzeć są: Indie przez Goa po Radżahstan, Stavanger survivalowo, Eindhoven, bo bardzo kibicowałam Holandii podczas Mundialu.. Do wszystkich tych miejsc jeszcze polecimy!
 
Skorzystałam z nowych linii lotniczych:
Lufthansa, Turkish Airlines

Zwiedziłam nowe kraje:
Gruzja, Turcja, Finlandia, Estonia

Miejscem, które zrobiło na mnie największe wrażenie była Gruzja, a miejscem, do którego chciałabym jeszcze wrócić jest.. a jakże - Gruzja! ;)

Najbardziej wzruszającym momentem 2014 roku było:
zobaczenie małego bijącego serduszka na monitorze USG - mój Bąbel.





Rok 2015 będzie jeszcze większą niespodzianką :) na chwilę obecną nie planujemy nic, czas pokaże co życie (i promocje ;) ) przyniosą. Wiosną zawita u nas nowy, najmłodszy podróżnik, chcielibyśmy jak najszybciej pokazać mu, że podróżowanie jest fajne!

Życzę Wam, aby nadchodzący rok 2015 był TYM wyjątkowym rokiem, kiedy spełnią się Wasze marzenia, te podróżnicze, ale również prywatne, małe i duże, łatwe i trudne do spełnienia, po prostu wszystkie!

Marta

23 grudnia 2014

Zaczarowane miasto Tallinn, 02.08.2014


Nigdy nie myślałam o Tallinnie jak o miejscu, które koniecznie chciałabym zobaczyć i gdyby nie świetna promocja LOTu pewnie jeszcze długo bym się tam nie wybrała. W moim przekonaniu była to kolejna Europejska stolica, bardziej poradziecka niż skandynawska, niecharakteryzująca się niczym wyjątkowym.  Paryż ma francuski szyk i wieżę Eiffla, Barcelona Gaudiego, nawet światowa stolica mody, jaką jest Mediolan wydawała mi się zdecydowanie atrakcyjniejszym miejscem niż Tallinn, o którym nie wiedziałam i nie słyszałam prawie nic. Dlatego też, podczas naszej LOTowskiej oblotówki Tallinn - Helsinki - Monachium, zaplanowaliśmy zaledwie pół dnia w stolicy Estonii. Oh, w jakim ja wówczas byłam błędzie!

25 września 2014

Zmiany w życiu i na blogu - kilka słów wyjaśnienia

Niedawno przedstawiałam Wam naszą nową towarzyszkę podróży - uroczą Małą Mi. Wtedy, na początku sierpnia nawet nie przyszłoby mi do głowy, że to nie jedyny członek, który chciałby dołączyć do teamu Babskiej Robinsonady. Jakiś czas temu, niecałe 3 tygodnie przed planowanym wylotem do Indii dowiedziałam się, że mamy jeszcze jednego pasażera na gapę! Imię robocze - Bąbel, dziś ma trochę ponad 11tygodni, miewa się dobrze w przeciwieńtwie do Mamusi i już nieźle namieszał w naszym życiu. To, że Bąbel zaskoczył nas w tym właśnie momencie, nie znaczy, że był niespodziewanką. Był to najbardziej wyczekiwany Bąbel jakiego znam! :) Jednak wtedy moje wszystkie myśli krążyły wokół kolejnego wyjazdu, jakim miały być Indie..
 
 
 
Ze względu na tego małego pasażera na gapę musiałam podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji jaką przyszło mi ostatnio podejmować.. lecieć czy nie lecieć.. Indie.. jedno z moich największych podróżniczych marzeń. Żaden z lekarzy, a odwiedziłam ich w przeciągu tygodnia kilku, nie chciał mi powiedzieć czy mogę lecieć. Wszyscy za to widzieli zagrożenia jakie czychają na biedną ciężarną na miejscu: bród, choroby, inna flora bakteryjna, upały, brak dogodnych warunków sanitarnych, długi lot samolotem, zwiedzanie na własną rękę - z plecakiem, a do tego osłabiona odporność kobiet w ciąży. Pewnie puściłabym to wszystko mimo uszu, przecież ciąża to nie choroba, a jedynie odmienny stan, ponoć najpiękniejszy w życiu kobiety.. właśnie, ponoć.. wtedy jeszcze rozważałam opcję wylotu, ze zmienionym planem zwiedzania na bardziej.. emerycki ;) jednak moje samopoczucie zmieniło się z dnia na dzień. Z pełnej energii dziewczyny zmieniłam się w kupę boleści.. ja kochająca jedzenie nie mogłam myśleć o jedzeniu! żywiłam się jedynie chlebem z masłem.. czasem, dla urozmaicenia diety posmarowanym dżemem truskawkowym :/ spałam po 12h, dojazd do pracy był nie lada wyzwaniem, nie mówiąc już o jakiejkolwiek bardziej zaawansowanej podróży. Miesiąc wyjęty z życiorysu. Gdyby nie Mąż uschłabym w łóżku na wiór.
 
 
 
Po mału zaczynamy II trymestr a wraz z nim większość dolegliwości ustępuje. No i ja zaczynam oswajać się z nową sytuacją :) zmiany na blogu są nieuniknione. Chwilowo wszystkie wyjazdy zostały zawieszone, z zaleceń lekarza jeszcze do 10.10.2014 mam wypoczywać w domu. Przepadnie kolejny wyjazd, tym razem do Eindhoven, ale wierze, że uda się nam zaszczepić w Bąblu żyłkę podróżnika i będziemy mogli kontynuować zwiedzanie świata, już we trójkę :) Tymczasem wykorzystuję chwilę wolnego na przygotowania do nowej roli :)
 
I oczywiście pamiętam o zaległych relacjach, na które czekacie! Dajcie mi jeszcze chwilkę ;)
 
M.

5 sierpnia 2014

Muzeum Powstania Warszawskiego i godzina "W" 70lat później

Mimo, że warszawianką jestem od urodzenia w szkole średniej historia mojego kraju i mojego miasta niespecjalnie mnie interesowała. Zmieniło się to kilka lat temu.. było to chyba kiedy zmarł Nasz Papież Jan Paweł II, a Warszawa była jakby nieWarszawą. Wszyscy czuliśmy więź, ja poczułam więź z ludźmi, z obcym mi to tej pory miastem. Potem przyszedł czas na powtórkę z historii i pierwszą samodzielną wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego. Pierwsze samodzielnie obejrzane filmy o losach naszego kraju. Pierwsze łzy wzruszenia. I to trwa do dziś.



MUZEUM POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

Muzeum Powstania Warszawskiego jest jednym z moich ulubionych miejsc w Warszawie, i mimo, że za każdym razem wychodzę z niego pełna zadumy i za każdym razem wzbudza we mnie te same niesamowite emocje, wracamy do niego chętnie. Uważam, że nie mogło powstać lepsze miejsce do uczczenia pamięci tego wydarzenia i ludzi, którzy brali w nich udział. Jest to miejsce bardzo interaktywne i nowoczesne, angażuje zwiedzających w poznawania historii w atrakcyjny sposób. Chętnie przychodzą tu dzieci, młodzi ludzi oraz obcokrajowcy, którzy nie są mentalnie związani z naszą trudną przeszłością. Wrażenie robi na wszystkich. Tutaj historii uczymy się w różny sposób: zbierając kartki z kalendarza opisujące powstanie dzień po dniu, słuchając opowiadań Powstańców, oglądając filmy czy eksponaty, możemy też  wejść do kanału, wąskiego i ciemnego, i przez chwilę poczuć się jak podczas powstania. W muzeum znajduje się też replika samolotu B-24 Liberator w skali 1:1, którym pilotował kpt. Zbigniew Szostak. Liberator wspomagał walczącą Warszawę i dostarczał Powstańcom broń oraz amunicję. Po którejś z kolei akcji zrzutu został zestrzelony przez myśliwce Luftwaffe. Do odtworzenia Liberatora użyto oryginalnych części wraku samolotu znalezionych w miejscu katastrofy. W czasie letnim czynna jest również wieża widokowa, z której można podziwiać współczesną panoramę Warszawy, a na specjalnych planszach zaznaczone są zabytkowe kamienice przedwojennej Warszawy znajdujące się w okolicy Muzeum.



 

Największe wrażenie robią na mnie zdjęcia Powstańców, ich dokumenty, listy i rzeczy osobiste. Przestają być anonimowi, stają się 16letnim Zbyszkiem, który zginął w obronie brata, zakochaną Stasią, która pisała wzruszające listy do narzeczonego, czy też Marią, która dzielnie czekała na synów walczących w Warszawie. Przez upływ czasu listy są trudne do rozczytania, pisane na przypadkowych skrawkach papieru, opisują codziennie problemy i życie toczące się dookoła, jednak ich treść jest tak wzruszająca i intymna, tak bardzo, że za każdym razem wychodzę z tej niewielkiej sali ze ściśniętym gardłem.



 
Muzeum Powstania Warszawskiego
Grzybowska 79, Warszawa Wola

poniedziałek, środy, piątki, soboty i niedziele w godz. 10.00-18.00,
w czwartki w godz. 10.00-20.00,
we wtorki - nieczynne

bilety: normalny - 14pln, ulgowy - 10pln; w niedzielę - WSTĘP BEZPŁATNY dla wszystkich


GODZINA "W" 70lat PÓŹNIEJ

1 sierpnia 1944 o godzinie 17.00 rozpoczęło się Powstanie Warszawskie, 1 sierpnia 2014 w 70tą wybuchu Powstania, punktualnie o godzinie 17.00 Warszawa oddała hołd Powstańcom. Ruch uliczny został zatrzymany, na ulicę wyszli wszyscy mieszkańcy, wyły syreny, w całym mieście biły kościelne dzwony, odpalono race. Warszawa znowu była jedna, bez żadnych podziałów. Wszyscy w tym samym czasie myśleli tylko o jednym: "cześć i chwała Bohaterom!". Nie byłam przygotowana na to co działo się w tym momencie, łzy wzruszenia same cisnęły się do oczu. Nikt nie mógłby przejść obok tego obojętnie. Niesamowite emocje. Gdyby nie powstanie, nie byłoby dzisiaj wolnej Polski, nie byłoby NAS. Jestem dumna, że jestem warszawianką!






REFLEKSJE
Dzięki wyjazdom mogłam nieco inaczej spojrzeć na Warszawę. Odwiedzam wiele pięknych miejsc, które w większości nie miały tak trudnej historii, jak nasza stolica. Wojny je ominęły, dziś mogą cieszyć się piękną architekturą i zachwycać turystów zabytkami. Co innego Warszawa, miasto, które w 80% zostało zrównane z ziemią. W ogromnej części miasto zamieniło się w wielkie gruzowisko. Warszawa zniknęła z powierzchni, ale się nie poddała. Walczyła. Walczyła o niepodległą Polskę. Potrafiła podnieść się po klęsce, została odbudowana, może niezbyt udolnie, może nie jest perłą światowej architektury, ale to miasto, które ma duszę.

Waleczna Warszawa, bohaterska Warszawa, moja Warszawa!

1 sierpnia 2014

Nowy członek team'u wyjazdowego - Mała Mi

Kto śledzi Babską Robinsonadę na Facebooku ten już wie, że nasz wyjazdowy team zyskał wczoraj nowego członka, a właściwie członkinię :)) Mała Mi - Miś z Misiolandii. Wszystkie Misie z Misiolandii są rządne nowych przygód i chętnie wyruszają w świat. Trafiają one do swoich nowych opiekunów i razem z nimi odkrywają nowe miejsca.

Mała Mi również jest urodzoną podróżniczką! Oprócz tego jak każda kobietka lubi dobrze wyglądać w każdych warunkach, kosztować nowe smaki i nie rozstaje się z aparatem.. zupełnie jak ja! Nasza pierwsza wspólna podróż już w nadchodzący weekend, przedtem jednak trzeba się nieco przygotować...



Na początek zaprzyjaźniła się z domowym globusem i baaaardzo trudno było jej pojąć, jaki ten Świat jest ogromny. Myślała, że Europa jest duża, ale w porównaniu do całego globu jest zaledwie jego niewielką częścią. Więc dobrze się składa, że Mała Mi trafiła do nowego domu tak szybko, będzie mogła sprawdzić się przed prawdziwym wypuszczeniem się w świat i mentalnie przygotować się do większych wyjazdów. Mała Mi nie może się doczekać, kiedy pojedzie za granice! Wyruszamy już jutro, zobaczymy Tallin, Helsinki i Monachium! Będzie okazja do wypróbowania nowego misiowego aparatu i zrobieniu tyyyylu pięknych zdjęć!




Zaraz po tym jak Mała Mi zorientowała się, jak niewielka w porównaniu z całym światem jest Europa, chciała zobaczyć więcej. Indie.. bo tam jedziemy już za miesiąc! ciekawska Mała Mi przestudiowała już mapę Indii, zaczytała się w przewodniu, a nawet.. zrobiła próbne zdjęcie na tle Taj Mahalu ;) Prawda, że prezentuje się pięknie? :)





29 lipca 2014

GADŻETY PODRÓŻNIKA – bidon składany z karabińczykiem

Kolejnym gadżetem, którym chciałabym się z Wami podzielić jest bidon. Ale nie jest to zwyczajny bidon, tylko bidon idealny dla podróżnika! Bidon, który po opróżnieniu możecie zwinąć i wsadzić w kieszeń, który nie zajmuje dużo miejsca, a przy okazji jest.. uroczy ;) Swój bidon dostałam od Agnieszki i Jej Męża, za co jeszcze raz dziękuje! Agnieszka swojego czasu pisała o tym co można sprezentować maniakowi taniego latania i potwierdzam, bidon to strzał w 10! Szczególnie w ostatnich dniach dostrzegam zalety bidonu. Zimą korzystałam rzadziej, ale w te upały jest idealny :)

Bidon o pojemności 0,5l zrobiony jest z elastycznego tworzywa, które jest bezpieczne dla zdrowia. Wyposażony jest w nakrętkę z wygodnym dziubkiem oraz karabińczyk. Karabińczyk ma dwie zalety, napełniony bidon można przypiąć do plecaka czy torby, a pusty zwinąć i zabezpieczyć karabińczykiem przed rozwijaniem. Bidon jest świetnym rozwiązaniem dla niskobudżetowego podróżnika, ponieważ zabrany do krajów, gdzie woda z kranu jest zdatna do picia pozwala zaoszczędzić trochę pieniędzy. Idealnie sprawdzi się we Włoszech, czy krajach skandynawskich, gdzie woda z kranu lub źródeł ogólnodostępnych na mieście jest czysta i można ją pić bez wcześniejszego przegotowania. Można go przewozić w bagażu podręcznym, ale pamiętajcie, że podczas kontroli musi być pusty, napełnić go można dopiero po przejściu security. Bidon jest świetny również dla osób aktywnych, można zabrać go na rower co niejednokrotnie testowałam :) Gadżet spodoba się również osobom dbającym o środowisko, bo każdorazowe użycie bidonu to jedna plastikowa butelka mniej, a nie wiem czy pamiętacie z lekcji środowiska.. plastikowa butelka rozkłada się 1000lat!





Od jak dawna korzystam: od pół roku, od czasów tropikalnych upałów zdecydowanie częściej ;)
Czy będę korzystać dalej: TAK!
Typ wyjazdu: do krajów, gdzie nieprzegotowana woda jest zdatna do picia, szczególnie w miesiącach ciepłych; pikniki rowerowe

Gdzie kupić: Emipk, GOsport, sklepy podróżnika, allegro
Cena: ok. 10pln

Zalety:

  • małe wymiary po złożeniu
  • wielokrotnego użytku
  • zrobiony z elastycznego materiału, który można zwijać
  • posiada karabińczyk i wygodną nakrętkę do picia
  • przyjazdy środowisku
  • pozwala zaoszczędzić
  • łatwy do napełnienia
  • trwały
  • tani
  • ładny :)

Wady: 
  • nie znalazłam

26 lipca 2014

"Lalki w ogdniu. Opowieści z Indii" P.Wilk - kilka słów o książce


Kiedy powiedziałam w pracy, że kupiliśmy bilety do Indii koleżanka, która również odwiedziła ten kraj dała mi książkę Pauliny Wilk „Lalki w ogniu” i powiedziała: „musisz to koniecznie przeczytać”. Zanim dojechałam do domu przeczytałam pierwszy rozdział i z rozstrojem żołądka zaczęłam się zastanawiać.. czy Indie oby na pewno są miejscem, do którego chce jechać? Kiedy zostawiałam książkę u rodziców, Tata wyrywkowo przeczytał kilka stron i powiedział, że z chęcią przeczytałby ją całą, ale już po naszym powrocie, bo inaczej będzie się o nas zamartwiał.. „Lalki w ogniu”, czy prawdziwe oblicze Indii?


Książka jest zbiorem 16 rozdziałów opowiadających o życiu Hindusów, niby zwykła codzienność, rytuały, kultura, religia. Autorka  już na samym początku ostrzega, że „Indie niczego nie ukrywają, odsłaniają całe piękno i nędzę istnienia. Kto tu przyjecie zobaczy wszystko. Więcej niżby chciał.” I dotrzymuje obietnicy. Pokazuje ciemne oblicze Indie, mordowane kobiety, które nie wniosły odpowiedniego posagu do rodziny męża, ideał żony, która po śmierci męża płonie z nim na stosie, ludzi umierających masowo na ulicach, smród w miast, że aż trudno oddychać. O tym, że Indie to nie tylko kolorowy Bollywood i plaże na Goa wiedziałam zanim zdecydowaliśmy się na kupno biletów, jednak to co przeczytałam w tej książce nieco mną wstrząsnęło. Cała magia wyjazdu w egzotyczne miejsce prysła, przed oczami miałam Indie śmierdzące latryną, kalectwo, upośledzenie, chorobę… zupełnie nie zgadzało mi się to z opisem Indii znajomych, którzy tam byli i z relacjami, jakie już wcześniej miałam okazje czytać. Czy to te same Indie?!
Przeczytanie całej książki zajęło mi bardzo długo, bo ponad miesiąc. Musiałam dawkować sobie zawarte w niej szokujące informacje i równoważyć tymi bardziej optymistycznymi, zachęcającymi do wyjazdu. Zgadzam się, że Indie są krajem kontrastów i nie twierdzę, że to co znajduje się w książce jest zaburzonym obrazem Indii, ale moim zdaniem, Autorka za bardzo skupiła się na negatywach. W najprostszych rzeczach próbuje doszukać się budzących zgorszenie faktów, czasem miałam wręcz wrażenie, że pisze o tym wszystkim z nieuzasadnioną wyższością i pogardą. A o tym, że potrafi pięknie pisać możemy przekonać się w tej samej książce, czego dowodem jest chociażby bardzo pozytywny rozdział o hinduskich strojach, biżuterii oraz o męskiej słabości – włosach. Również rozdział o jedzeniu wydawał się być smacznym kąskiem tej książki, jednak jeden z najbardziej fascynujących tematów każdej kultury został pokazany jako nijaki „dahl powinien być ciężki i gęsty, ale częściej przypomina burą zupę, wodnistą i pozbawioną smaku. Pomaga tylko przełknąć ryż i suche placki.” W dalszej części przygląda się hinduskiemu jadłospisowi nieco łagodniejszym okiem, rozpisując się o różnorodności potraw wegetariańskich i wpływach religii na kuchnie, po to, żeby całkiem przyjemny rozdział zakończyć w typowy dla siebie, szokujący sposób: „portret pamięciowy przeciętnego kucharza łatwo naszkicować: zlany potem mężczyzna w podkoszulku na ramiączkach, z burą szmatą przerzuconą przez ramię lub zawieszoną na karku. Częściej wyciera w nią ręce, niż je myje”. Brakuje tylko… smacznego.
Podsumowując książka napisana jest lekko i mimo wszystko warta przeczytania, szczególnie jeżeli ktoś szuka szokujących faktów, chociaż niekoniecznie zachęca do wyjazdu do Indii. Gdyby Autorka trochę więcej uwagi poświęciła nie tylko ciemnej stronie Indii, ale również temu co do Indii przyciąga na pewno zyskałaby więcej mojej sympatii. Morderstwa, bezdomni i żebrzące dzieci u nas też mają miejsce, ale czy na prawdę to jest najważniejsze w opowieściach z Indii?

15 lipca 2014

Warsztaty kuchni indyjskiej w Masala Skład Bananów - relacja

Czy wspominałam już, że uwielbiam swoją pracę? ;) moja szefowa potrafi zmotywować i docenić pracowników. W nagrodę za kolejny rok dobrej pracy dostałam możliwość skorzystania z jednej z ofert znajdujących się na portalu mocprezentow.pl. Długo zastanawiałam się co wybrać, pierwszy w oczy rzucił mi się pakiet SPA i relaksujący masaż mhmm.. coś czym nie pogardziłaby żadna kobieta! Ale były jeszcze bardziej kuszące propozycje, kurs fotografii, czy lot szybowcem! Pierwsze dwie propozycje nie były dla mnie nowością, i na masażach i na szybkim kursie fotografii kiedyś byłam, natomiast na ostatnią propozycję zabrakło odwagi ;) postanowiłam spróbować czegoś zupełnie nowego… Warsztaty kulinarne wydały mi się idealne, lubię i dobrze zjeść, i gotować. A warsztaty kuchni indyjskiej były właśnie tym czego szukałam, wspaniałym wstępem do wrześniowego wyjazdu.

Z kuchnią indyjską miałam do tej pory niewiele wspólnego. Słyszałam dużo pozytywnych opinii, jednak po wizycie w Maroku i moim jadłowstręcie do curry bardzo obawiałam się, czy dwa tygodnie w Indiach nie skończą się stołowaniem w zeuropeizowanym McDonald’sie. Po wieczorze z kuchnią indyjską jestem pełna nadziei i tym bardziej czekam na spróbowanie wszystkiego tam, na miejscu. O kuchni indyjskiej z pewnością powstanie osobny post, bo to obszerny i bardzo ciekawy temat, dzisiaj będzie kilka słów o samym kursie.
 

Warsztaty zorganizowane były w miejscu Masala Skład Bananów, gdzie mieści się niewielki sklepik z egzotycznymi przyprawami oraz zaplecze do przeprowadzania warsztatów kulinarnych właśnie. Kurs poprowadził Piotr Henschke, specjalista od kuchni ajurvedyjskiej (staroindyjskiej), chińskiej oraz wegetariańskiej. Na uczestników czekały materiały szkoleniowe, fartuszki, a także 4 stanowiska do gotowania, niezbędne przybory kuchenne oraz produkty spożywcze. W warsztatach brało udział 10 osób, podzieliliśmy się na drużyny 2 i 3 osobowe. Na środku stała wyspa naszego Szefa Kuchni.



Warsztaty zaczęliśmy od wykładu na temat kuchni ajurvedyjskiej oraz przypraw jakich się w niej używa. To, że moje „ulubione” curry jest tak naprawdę mieszanką innych przypraw to wiedziałam, jednak dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że w Indiach używają liści curry, które smakują zupełnie inaczej niż popularna przyprawa. Po wykładzie przyszedł czas na gotowanie. W sumie zrobiliśmy 6 potraw:  ryż basmati po indyjsku, a do tego dahl - sos z czerwonej soczewicy z kokosem, curry subji - warzywa w sosie curry, chapaty, czyli pieczywo z mąki razowej, które przygotowuje się na żywym ogniu, pakory - warzywa w cieście z mąki groszkowej (u nas bakłażan i kalafior) oraz raita, czyli sałatkę jogurtową z prażonymi wiórkami kokosowymi i czarną gorczycą. Właśnie ta ostatnia była dla mnie największym kulinarnym odkryciem, do tej pory nie przyszłoby mi do głowy połączyć świeżego pomidora czy ogórka z jogurtem i kokosem ;) bardzo smaczna! Każda drużyna oraz Szef Kuchni przygotowywaliśmy swój zestaw wszystkich dań, którymi mogliśmy wzajemnie się częstować. Degustacja była jedną z lepszych elementów tego wieczoru. Wszystkie dania bardzo mi smakowały i mimo, że trochę odbiegały smakiem od dań Piotra byłam dumna z tego co udało się nam przygotować. Swoją drogą było to niesamowite, że wszyscy gotowaliśmy z tego samego przepisu, na tych samych produktach, przy użyciu takiej samej ilości (odmierzonej) przypraw, a każdej drużynie wyszło nieco inaczej :) tego co nie udało się nam zjeść na miejscu dostaliśmy spakowane w pojemniczkach na wynos. Były idealne na drugi dzień na obiad w pracy :D przepisy z pewnością znajdą się na blogu. Całość trwała 3,5h.




Nie zabrakło również rozmów o samych Indiach, na które bardzo liczyłam. Piotr przez 8lat mieszkał w Indiach, a jego żona jest hinduską. Przez ten czas nie szczepił się na nic i chorował na malarię… 3 razy! A ja myślałam, że malaria to wyrok ;) okazuje się, że 80% hindusów chorowało na malarię, a ta wcześnie wykryta i leczona nie jest zagrożeniem. Padło nawet podrównanie do naszej grypy, które nieleczone również może powodować wiele powikłań. Nie ukrywam, że ta informacja bardzo mnie uspokoiła, chociaż w tym jednym temacie. Inna ciekawostką jaką się dowiedziałam było to, że w Indiach do gotowania najczęściej używa się… wyschniętego krowiego łajna, które ponoć jest jednym z lepszych ECOpaliw ;)



Podsumowując był to niesamowity i pyszny wieczór, a sama koncepcja warsztatów była jeszcze lepsza niż myślałam, że będzie! Z przyjemnością poszłabym na kolejne, w szczególności o kuchni meksykańskiej i włoskiej! Nie pozostaje mi nic innego jak w dalszym ciągu starać się o tytuł pracownika roku ;)

10 lipca 2014

Dlaczego WARTO przygotowywać się do podróży, kilka argumentów



Lipiec zaczął się u nas od przygotowań do nadchodzącego ogromnymi krokami wrześniowego wyjazdu do Indii. Były pierwsze szczepienia i przeczytane przewodniki, rozmowy z tymi, którzy tam byli i godziny spędzone na forach w poszukiwaniu najważniejszych informacji. A przed nami dużo więcej.. Do Indii czy w inne egzotyczne miejsce raczej nikt nie pojechałby bez porządnego przygotowania, jednak nie tylko duże wyjazdy zasługują na wcześniejsze przygotowanie. Zdarzało się nam podróżować na pełnym spontanie, kiedy oprócz noclegu nie mieliśmy zaplanowane kompletnie nic, zaraz po wylądowaniu szliśmy do biura informacji turystycznej i poznawaliśmy miasto trochę po omacku, dlatego też wiem, jaka jest różnica między takim wyjazdem, a wyjazdem do którego wcześniej się przygotuje. Mimo, że zabiera to dużo czasu zawsze staram się go wygospodarować chociaż w minimalnym stopniu, a im dłuższy i dalszy wyjazd potrzeba go więcej. Z drugiej strony przygotowanie do wyjazdu wcale nie pozbawia nas możliwości bycia spontanicznym, w tym wypadku zawsze mamy wybór, czy podążamy zgodnie z planem czy wybieramy spontan :) Wcześniej pisałam trochę o samych przygotowaniach: jak samodzielnie zorganizować wyjazd oraz jak przygotować mapkę z trasą zwiedzania. 

Dzisiaj będzie z nieco innej strony, a mianowicie dlaczego jednak WARTO przygotowywać się do podróży.




1. Oszczędności – pieniądze
Wcześniejsze przygotowania to przede wszystkim oszczędności i to nie tylko pieniędzy, chociaż te są kluczowe w podróżowaniu niskobudżetowym i kiedy chce się więcej i więcej, a ceny biletów lotniczych tak bardzo kuszą ;) Nie wspominam nawet, że podróżowanie na własną rękę zawsze będzie tańsze niż wyjazdy zorganizowane, na których zarabiają biura, ale nawet podróżując samemu można zaoszczędzić mniej lub więcej i nie chodzi mi o rezygnowanie z drobnych przyjemności na miejscu czy odmawiania sobie skosztowania lokalnej kuchni. Wyszukując pewne informacje możemy oszczędzić między innymi na komunikacji miejskiej, kupując dokładnie takie bilety jakie będą nam potrzebne czy dowiadując się jaki jest najkorzystniejszy dojazd z lotniska do miasta, bo że shuttle bus będzie to prawie pewne, ale może istnieje tańszy, a równie komfortowy sposób dostatnia się do miasta.. Możemy również zaoszczędzić na biletach do niektórych atrakcji turystycznych kupując je w korzystniejszej cenie przez Internet czy też zdobywając informację, w jakie dni wstęp jest bezpłatny, np. wejście do muzeum Picassa w Barcelonie w każdą pierwszą niedziele miesiąca jest darmowe, co prawda trzeba liczyć się wtedy z tłumem chętnych, ale wejścia idą na prawdę sprawnie. Dzięki wcześniejszym przygotowaniom możemy też wyszukać informacji o restauracjach, które będą spełniały nasze oszczekiwania odnośnie serwowanego menu oraz cen, możemy też dowiedzieć się o zestawach dnia czy innych promocjach, o których na miejscu obsługa nie zawsze informuje. Dużo informacji odnośnie lokali znajdziemy na portalu tripadvisor.com czy na forach internetowych.

2. Oszczędności – czas
Kolejną cenną, a właściwie bezcenną rzeczą jaką możemy oszczędzić dzięki wcześniejszemu przygotowaniu jest czas. Poświęcając więcej czasu przed wyjazdem na przygotowania i poznanie miejsca, do którego się udajemy mniej zmarnujemy go będąc już na miejscu i szukaniu interesujących nas atrakcji czy lokalu, gdzie będziemy mogli zjeść to co chcemy w cenach jakich chcemy. Wiele rzeczy możemy dowiedzieć się z informacji turystycznej, jednak osobiście lubię zweryfikować czyjąś opinię ze swoimi oczekiwaniami ;) Przed wyjazdem do Bolonii nie zdążyłam przygotować się odpowiednio.. postawiłam na najważniejsze sprawy jak dojazd z lotniska do miasta i dalej do hotelu. Z braku czasu zrezygnowałam z szukania informacji o lokalach.. pomyślałam, że w takim mieście jak Bolonia urocze knajpki z pyszną włoską kuchnią roją się na każdym kroku i nie będzie najmniejszego problemu ze znalezieniem czegoś dla siebie. Jakież było moje rozgoryczenie kiedy okazało się, że do godziny 19.00 mało, który lokal jest czynny, przeszliśmy centrum prawie 3razy żeby znaleźć cokolwiek.. w efekcie i tak doczekaliśmy do upragnionej godziny 19.00 i zjedliśmy w lokalu, który mijaliśmy tego dnia wielokrotnie. Po powrocie do hotelu skorzystałam z dostępu do wi-fi i zaczęłam szukać miejsc, które moglibyśmy odwiedzić kolejnego dnia. Gdybym zrobiła do przed wyjazdem nie spędzilibyśmy całego popołudnia na szukaniu lokalu, a wiadomo jak człowiek głodny to człowiek zły...

3. Oszczędności – nerwy
Dokładnie, kolejną rzeczą jaką możemy sobie oszczędzić dzięki wcześniejszym przygotowaniom są nerwy. Nic tak nie psuje nawet najpiękniejszych okoliczności przyrody jak brak dostępu do informacji, które w danym momencie są nam niezbędne. Przykład z jedzeniem jest bardzo wymowny, wystarczy przypomnieć sobie sytuację, kiedy głód coraz bardziej zagląda nam w oczy a wszystkie lokale, które do tej pory mijaliśmy nagle pochowały się jak grzyby w lesie. Frustracja narasta, a od niej już o krok od kłótni ;) Jednak nie tylko o jedzenie chodzi. Dzięki przygotowaniom do wyjazdu możemy chociaż częściowo przygotować się na sytuacje nieprzewidziane. Oczywiście nie da się wykluczyć wszystkich sytuacji jakie mogą nas spotkać, ale poświęcając czas, czytając relacje innych, szukając informacji zawsze coś zostanie w głowie, a nigdy nie wiemy jakie informacje mogą się przydać.



4. Korzyści - lepsze poznanie danego miejsca
Tyle o oszczędnościach, czas na korzyści płynące z przygotowań do wyjazdu. Przedstawiam dwa, najbardziej wartościowe dla mnie. Pierwszą z nich jest lepsze poznanie miejsca do którego jedziemy. Wciąż przypominają mi się wycieczki szkolne, gdzie to nauczycielki i przewodnika zadaniem było przygotowanie całego programu wycieczki, z której przykro to mówić, ale ja wynosiłam niewiele, albo i wcale.. czasem nie pamiętam nawet nazwy miejscowości, do której jechaliśmy. Kiedy ktoś za nas wszystko organizuje najczęściej my wycofujemy się z działań i oddajemy w ręce przewodnika. Czytając o czymkolwiek związanym z miejscem naszego wyjazdu poznajemy go w zupełnie inny sposób, czytając o historii miejsca, które będziemy zwiedzać będą miały zupełnie inny wydźwięk, niż gdy będą tylko kolejną mijaną kamienicą. Miejsce można poznawać na wiele sposobów, czytając przewodniki, czytając o kuchni, zwyczajach, religii, historii. Przeglądając zdjęcia i blogi osób, które tam były, czytać ich relacje, owszem często subiektywne, ale jeszcze częściej bardziej prawdziwe i praktyczne niż najlepsze przewodniki dostępne na rynku.

5. Korzyści - lepsze zdjęcia
Wszystkie działania, które przyczyniają się do lepszego poznania miejsca wpływają również na jakość naszych zdjęć. Nie chodzi mi o odwzorowywanie zdjęć podpatrzonych u innych, chociaż to też jakaś nauka rozwijająca nasz warsztat. Większą zaletą jednak jest to, że znając miejsce i rozumiejąc je łatwiej uchwycić nam na zdjęciach to co ważne i przedstawić to w zrozumiały i atrakcyjny dla odbiorcy sposób. Będąc w obcym kraju, a w szczególności bardzo różniącym się od naszego zdarza się, że ogrom bodźców przeszkadza nam w zobaczeniu tego co prawdziwie i cenne. W dobie aparatów cyfrowych trzaskamy tysiące zdjęć a potem przeglądając je okazuje się, że właściwie nie ma nic sensownego do pokazania. Odkąd zaczęłam bardziej przykładać się do przedwyjazdowych przygotowań moje zdjęcia bardzo zyskały :) mimo, że w dalszym ciągu robię zdjęcia w ten sam sposób i tym samym sprzętem. Zmieniło się jednak spojrzenie na to co w danej chwili mnie otacza. Podczas przygotowań w mojej głowie rodzi się lista ciekawych rzeczy, które warto byłoby uwiecznić na zdjęciu, rzeczy, które już podczas czytania wywołują emocje, a pokazane będą jeszcze bardziej wymowne.


Tyle teorii, czas wrócić do przygotowań do Indii ;)
A Wy, przygotowujecie się do wyjazdów, czy stawiacie na spontan? :)


8 lipca 2014

Kiedy za oknem lato.. ja planuję zimowe surviviale. Nyköping w lutym!

Na początku tego roku przekonałam się, że zimowe jednodniówki ze spaniem na lotnisku wcale nie są takie straszne, jak mogłoby się wydawać. Pamiętacie wyjazd do Bergen? Ja pamiętam doskonale, było świetnie! I mimo wcześniejszych obaw, że to zima, że Skandynawia (czyt. drogo), że zamarzniemy na lotnisku albo umrzemy z głodu.. był to jeden z bardziej udanych wyjazdów, a ja zapragnęłam więcej zimowego survivalu :) 

Ciężko planować zimowe wyjazdy, kiedy za oknem 30stopni i lato na całego ;) Już w lutym będę miała kolejną okazję wskoczyć w swoje cieplutkie spodnie do sportów zimowych i zmierzyć się ze swoimi słabościami. Lecimy do Nyköping, niewielkiego miasteczka w pobliżu lotniska Sztokholm Skavsta. Tam nas jeszcze nie było! ;)


Warszawa - Nyköping - Warszawa by WizzAir 27-28.02.2015


27 czerwca 2014

GADŻETY PODRÓŻNIKA - grill jednorazowy piknikowy



Dzisiejszy gadżet to jedno z odkryć sezonu i mimo, że nie będziemy z niego korzystać zbyt często nad czym zresztą bardzo ubolewamy wydaje mi się, że warto go przedstawić, tym bardziej, że lato w pełni, a wakacje właśnie się rozpoczęły. Grill jednorazowy piknikowy jak brzmi pełna nazwa ów gadżetu, cóż to za wynalazek i czy warto z niego korzystać?




Grill jednorazowy piknikowy to kompletny zestaw do grillowania składający się z aluminiowej tacki z węglem oraz rozpałką. Całość zapakowana jest w kartonik i zafoliowana co znacznie ułatwia transport i zabezpiecza przez wysypaniem się zawartości. Do pełni szczęścia potrzeba nam jedynie kawałek miejsca gdzie możemy bezpiecznie grillować, coś na ruszt i zapałki. Grill jest bardzo lekki i niewielki, bez problemu można zabrać go ze sobą na przykład na wycieczkę rowerową. Przed użyciem miałam szczere wątpliwości co do jakości tego typu grilla i powątpiewałam w jego moc grillowania, tym bardziej, że chcieliśmy przygotować jedzenie dla 4 osób. Efekt końcowy zaskoczył mnie bardzo. Po 20min kiedy wypaliła się rozpałka grill był gotowy to użycia i bez problemu poradził sobie z szaszłykami i kiełbaską. A potem z kolejną porcją.. i z kolejną.. Jedzenie zrobiło się bardzo szybko, nawet aż za szybko. Cały czas trzeba było je pilnować i uważać, żeby się nie przypaliło.





Największy minus grilla jednorazowego? Nie można przewozić go w bagażu podręcznym ;) och, już wyobrażam sobie pyszną polish kiełbaskę gdzieś w Norwegii, biwakując pod namiotem i podziwiając fiordy! Czyż niskobudżetowe podróżowanie nie byłoby łatwiejsze? Niestety, ani w bagażu podręcznym, ani też w rejestrowanym nie można przewozić materiałów łatwopalnych, a ten grill zdecydowanie się do takich zalicza. Mimo wszystko na rowerowy piknik będzie jak znalazł :)



Od jak dawna korzystam: kilka razy
Czy będę korzystać dalej: jak będzie ku temu okazja to z przyjemnością
Typ wyjazdu: piknik, dłuższe wycieczki rowerowe

Gdzie kupić: market spożywczy typu TESCO, AUCHAN, stacja benzynowa
Cena: od 5,00pln



Zalety:
 

  • łatwy w użyciu 
  • kompletny, wystarczy mieć ze sobą zapałki 
  • grzeje ok. 2h co spokojnie starcza na przygotowanie 4 porcji 
  • po użyciu wystarczy wyrzucić go do kosza na śmieci
  • lekki


Wady: 

  • ruszt jest nisko osadzony, dlatego na początku trzeba cały czas pilnować jedzenia żeby się nie przypaliło