27 lutego 2014

"Gaumardżos! opowieści z Gruzji" A. Dziewit-Meller i M. Meller - kilka słów o książce



Moja przygoda z "Gaumardżos! opowieści z Gruzji" państwa Mellerów dobiegła końca, czego nie mogę powiedzieć o samej przygodzie z Gruzją, która dopiero przede mną! Po książkę sięgnęłam na dwa tygodnie przed wyjazdem, znudzona zwykłymi przewodnikami, faktami, miejscami. Przed rozpoczęciem czytania nie wiedziałam czego mogę spodziewać się po tej książce, czy będzie to coś w rodzaju kolejnego przewodnika, czy raczej wspomnienia i relacje. Dzięki opowieściom z Gruzji chciałam choć w minimalnym stopniu poczuć tamtejszy klimat, zobaczyć i poczuć Gruzję.

Po kilku wieczorach spędzonych w towarzystwie państwa Mellerów i ich gruzińskich przyjaciół zakochałam się w tym miejscu! Zakochałam się w tamtejszej tradycji, kulturze, jedzeniu. Największym moim utrapieniem jest to, że do wyjazdu został jeszcze tydzień, a książka tak szybko się skończyła.. Celem autorów było wzbudzić uśmiech czytelnika, żeby w innym momencie go wzruszyć, poruszyć tematy lekkie, ale i te tragiczne, pokazać prawdziwą Gruzję, a przede wszystkim zarazić innych miłością do Gruzji. Udało się!




Do tej pory miałam wyobrażenie o Gruzji jak pewnie większość z Was, że to miejsce niebezpieczne i dzikie. Owszem, jeszcze niedawno był to kraj, gdzie prawie każdy mężczyzna należał to grupy przestępczej, owszem, jeszcze niedawno panowała tam wojna, podczas której wielu ludzi straciło życie. Jest to świeża historia, która żyje w każdym mieszkańcu Gruzji, ale jest też inna Gruzja. Dzięki tej książce odkryłam zupełnie inne oblicze Gruzji. Walczącej o niepodległość, przywiązanej do wartości patriotycznych i rodzinnych. Jednym z najbardziej poruszających rozdziałów w książce był fragment "6833 do Batumi" o grupie młodych przyjaciół, który zdecydowali się na heroiczny czyn i w geście protestu uprowadzili samolot z Tbilisi to Batumi. Marzyli o wolności, chcieli wylądować w Turcji, gdzie mogliby zacząć nowe życie. Nie sądzili, że coś może pójść nie tak. Nie udało się uprowadzić samolotu, który wrócił do Tbilisi, wszyscy stracili życie.





Innym fragmentem, który poruszył moje serce był rozdział "Znajdę Cię!", w którym aktora Katarzyna Pakosińska opowiada swoją historię utraconej miłości do Gruzina Mamuki, o tym jak po latach postanowiła go odnaleźć i co zastaje na miejscu. W książce nie brakuje również fragmentów o suprach, gościnności Gruzinów, ich miłości do wina i do czaczy :) Jedzenie zajmuje szczególne miejsce w książce i w życiu Gruzinów. Suto zastawione stoły, chaczapuri, chinkali i inne przysmaki! Trudno opanować burczenie w żołądku! I te sławne toasty potrafiące trwać nawet 20minut! za zmarłych, za przyjaciół, za ojczyznę, za miłość.. a nawet za przyrodę! Do tego jeżdżą po krętych górskich drogach, często po wypiciu znacznej ilości czaczy, a dookoła widać spalone wraki samochodów i kapliczki z wizerunkiem tragicznie zmarłych, przy których znajduję się poczęstunek oraz.. wino oczywiście, żeby wypić jego zdrowe! Oto jeden z moich ulubionych fragmentów opisujących Gruzinów: "Można jeździć pod prąd i bez prawa jazdy. Załatwienie najprostszej rzeczy bywa koszmarem. Na stacji benzynowej gość potrafi trzymać w jednej ręce wąż, a w drugiej zapalonego papierosa. Jeżdżą jak szaleńcy. Kiedy się otwierają jakieś drzwi, najpierw nikt się nie rusza, a potem wszyscy walą naraz. Ciągle krzyczą. Prądu często nie ma. (...) To jest Gruzja". I to poczucie czasu, a raczej jego brak. GMT– Georgia Maybe Time! W Gruzji nikomu się nie spieszy. W Gruzji nikt nigdy nie jest spóźniony. W Gruzji można spotkać się przypadkiem z bliskimi, a zostać u nich do rana, razem jedząc pyszne potrawy i pijąc hektolitry wina.






Również sam autor zrobił na mnie ogromne wrażenie. Do tej pory nie miałam okazji zapoznać się z publikacji Marcina Mellera, kojarzyłam go głownie z telewizji śniadaniowej. W książce porusza przeważnie tematy konfliktu zbrojnego i polityczne, co nie oszukujmy się, ale zawsze niespecjalnie mnie interesowało. Jednak sposób w jaki opisał swoją przygodę w Gruzji, swój udział w tych wydarzeniach, jak w poszukiwaniu dobrego materiału do prasy pojechał w środek wojny, z karabinem w ręku, pod ostrzałem, próbował wrócić do kraju wzbudziło mój szacunek i mimo, że cała ta sytuacja ociera się to o akt głupoty, była dowodem odwagi, na którą nie każdego byłoby stać.



Wszystko to uzupełnione pięknymi zdjęciami i trafnymi komentarzami.

Przyjemnie się czyta, polecam nie tylko tym, który wybierają się do Gruzji!

22 lutego 2014

Albumy z wyjazdów, jak zrobić



Wczorajsza trójkowa audycja na temat robienia i wywoływania zdjęć natchnęła mnie do napisania postu o tradycyjnych albumach, które są idealnym sposobem na przechowywanie naszych wspomnień. My zdecydowaliśmy się na albumy o tematyce podróżniczej, uwielbiam zdjęcia, uważam, że jest to najlepsza pamiątka jaką można przywieźć z każdego wyjazdu. Dlatego też albumy mają w naszym domu specjalne, honorowe miejsce... tuż przy globusie ;) 


Nasza przygoda z albumami rozpoczęła się w 2008roku, kiedy znajomi pokazali nam ich albumy z wakacji. Były takie.. inne, magiczne, aż chciało się je w kółko oglądać. Renata i Leszek (jeżeli czytacie to serdecznie pozdrawiam!) korzystali z albumów pod folię, karty ze zdjęciami były mocno zdobione, niczym w scrapbookingu. Zakochałam się w ich albumach i pozazdrościłam jednocześnie. Ale była to mobilizująca zazdrość. Jak tylko wróciłam do domu zaczęłam przeszukiwać stare foldery ze zdjęciami, żeby część z nich wywołać i stworzyć swoje albumy. Początki nie były łatwe, ale było warto :) ponieważ uważam, że nie ma nic piękniejszego od wywołanych zdjęć, zdradzę Wam dziś kilka moich sposób na prowadzenie albumu.

1. NAJTRUDNIEJ JEST ZACZĄĆ
Kiedy już podjęliśmy decyzję, że chcemy prowadzić albumy dużo czasu minęło na zbieraniu zaległych zdjęć. Było to bardzo zniechęcające i mało brakowało, że zrezygnowałabym w przedbiegach. Chciałam, żeby w naszych albumach znalazły się wszystkie nasze wspólne wyjazdy, problem w tym, że wtedy jeszcze nie robiłam zdjęć, dlatego z części wyjazdów w ogóle nie mieliśmy zdjęć, z części musieliśmy zdobyć zdjęcia od znajomych, ułożyć wszystko chronologicznie, oj było roboty.

2. OGÓLNA KONCEPCJA ALBUMU
Gdy mieliśmy już wszystkie zdjęcia, jakie udało się nam zdobyć musieliśmy zdecydować jak chcemy, żeby nasze albumy wyglądały. Próbowałam z albumem pod folię, ale strony nie wychodziły tak ładne jak u koleżanki, dlatego postawiliśmy na tradycyjne albumy z czarnymi stronami, w których wykleja się zdjęcia. Dzięki temu mamy pełną swobodę układu wklejania zdjęć, a i oprócz zdjęć można wkleić inne pamiątki. Zdjęcia wklejamy na taśmę dwustronną.



3. ETYKIETKI I GADŻETY
Ważne, żeby oprócz zdjęć były również daty, które umykają najszybciej. Dodatkowo zamieszczam nazwę miejscowości czy nazwa wyprawy, często opisuję wyjazdy np: "wakacje 2013", "podróż poślubna", "Japan trip", "Wilno - zlot miłośników LKP", nadając każdej z podróży wyjątkowy charakter. Czasem wklejamy również pocztówkę, naklejkę czy bilet wstępu z danego miejsca, wszystko co może kojarzyć się nam z wyjazdem i uatrakcyjni nasz album.

4. WYBÓR ZDJĘĆ DO ALBUMU

Wybór zdjęć do albumu jest najtrudniejszą częścią, ale i najprzyjemniejszą. Od kiedy prowadzę bloga najpierw wybieram zdjęcia na bloga, a potem ze zdjęć na bloga te najlepsze, które wywołamy. Staram się przewidywać rozmieszczenie na stronie już w momencie wybierania, aby uniknąć wywoływania niepotrzebnych zdjęć (chociaż takie zawsze się znajdą). W naszych albumach więcej jest zdjęć miejsc niż nas samych, co dla niektórych może być nieco nudne, bo obrazki miejsc zawsze można obejrzeć na google image, ale w moim przypadku zdjęcia miejsc przywołują najwięcej wspomnień. Do tego przynajmniej po jednym zdjęciu, na którym jesteśmy my oraz współtowarzysze, tak dla równowagi ;) zwracam uwagę, aby z jednego miejsca nie było więcej niż ok 8stron (czyli ok. 24zdjęcia). Czasem bardzo trudno zmieścić się w tym limicie, a czasem z wyjazdu mamy tylko kilka zdjęć.



5. REGULARNE WYKLEJANIE
Bardzo ważnym elementem przy prowadzeniu albumów jest regularność. Zdecydowanie łatwiej wykleja się albumy na bieżąco, niż w momencie kiedy mamy do nadrobienia kilka wyjazdów, kilkadziesiąt zdjęć do pogrupowania i ułożenia na stronach.. wówczas zamiast przyjemności z wyklejania zdjęć, robi się niemałe wyzwania. 



A co kiedy mamy przerwę w podróżowaniu? Wtedy z przyjemnością sięgamy po nasze albumy i oglądamy wszystko od początku, zadręczając się ciągłym "o, a pamiętasz to...?" :)

To tylko moja propozycja na prowadzenia albumów, u nas się sprawdza. Nie ważne jak będą wyglądały Wasze, jednak mimo wszystko zachęcam do wywoływania zdjęć. W wersji cyfrowej zdjęcia giną, pochowane w folderach z tysiącami innych ujęć, nie mamy ani ochoty ani czasu na ich przeglądanie. A przecież nie ma nic piękniejszego niż zdjęcia :)

20 lutego 2014

GADŻETY PODRÓŻNIKA - kubek aluminiowy i grzałka

Skoro jesteśmy w temacie gadżetów przydatnych na zimowych wyjazdach, przedstawiam Wam kolejne dwa produkty, które podczas naszych ostatnich wyjazdów przeżywają swoje drugie życie: kubek aluminiowy i grzałka, komplet niczym z PRL-u ;) Mogłoby się wydawać po co w XXI wieku używać takich przestarzałych wynalazków, przecież są nowoczesne kubki na USB, czajniki elektryczne i po prostu - restauracje, dlaczego by nie skorzystać ze współczesnych dobrodziejstw... odpowiedź jest prosta, najzwyklejsza grzałka jest niezawodna, w każdych warunkach. Potrzebne jest tylko gniazdko elektryczne i po chwili możemy delektować się ciepłą herbatą, czy innym "posiłkiem". 



Kupując grzałkę zwróćcie uwagę, żeby miała cienką wtyczkę, dzięki temu będzie można z niej korzystać bez przełączek. Jeżeli będzie używać jej wraz z termosem warto wcześniej sprawdzić, czy grzałka mieści się do termosu, mi się to wydawało oczywiste, a jak się okazuje, wcale takie nie jest ;) nasza grzałka nie mieści się do mojego super ekstra uroczego termosu i herbatę najpierw muszę zrobić w kubku, a potem dopiero przelać do termosu. Swoją drogą i tak uważam, że jest to lepszy sposób, niż gotowanie wody bezpośrednio w termosie, z tego względu, że w kubku woda zagotuje się cała i nie będzie problemu z zaparzeniem herbaty.

Grzałkę można przewozić w bagażu podręcznym.



Od jak dawna korzystam:
od kilku wyjazdów
Czy będę korzystać dalej: z pewnością tak
Typ wyjazdu: wyjazd zimowy, objazdówka, spanie na lotnisku


Gdzie kupić: supermarket, sklep z drobnym AGD, sklep turystyczny, allegro, bazarek
Cena: kubek od 3,50zł; grzałka od 12,00zł


Zalety:
  • niezawodność
  • szybkość zagotowywania wody
  • możliwość przewożenia w bagażu podręcznym
  • cena

Wady:
  • PRL-owy design ;)

18 lutego 2014

Urodzinowy prezent od Męża, czyli bilety do Bolonii na pierwszy dzień wiosny

Co prawda od urodzin minęło już kilka dni, ale dopiero dzisiaj zebrałam się, żeby napisać o prezencie, który dostałam w tym roku od Męża, czyli o biletach do Bolonii na pierwszy dzień wiosny :) Szczerze, nie mogłam wymarzyć sobie lepszego prezentu urodzinowego! Każdy, kto choć w minimalnym stopniu uzależniony jest od podróżowania zgodzi się, że taki prezent jest strzałem w dziesiątkę.

Włochy kocham miłością bezgraniczną i mogę tam wracać nieskończoną ilość razy! Ciesze się, tym bardziej, ponieważ w zeszłym roku podjęliśmy decyzję, że na jakiś czas rezygnujemy z wyjazdów do Włoch, żeby zobaczyć i poznać również inne miejsca. Nie ukrywam, że była to dla mnie trudna decyzja, dlatego świadomość, że już niedługo będę mogła odwiedzić moje ulubione miejsce jeszcze bardziej cieszy :) Wiosno, nie mogę się doczekać na nasze spotkanie! :)




A żeby ten miesiąc aż tak się nie dłużył wraz z biletami była jeszcze jedna, mała niespodzianka :D




Dziękuje Mężu :* <3

15 lutego 2014

Kowno na walentynki w kwietniu

Wyjazdy około-walentynkowe są już naszą małą tradycją, w zeszłym roku byliśmy w Lizbonie, dwa lata temu w Paryżu i mimo, że w tym roku nie udało się zorganizować wyjazdu walentynkowego, udało się chociaż kupić bilety z walentynkowej promocji Simple Express :)

Już w kwietniu wybieramy się na jednodniówkę do Kowna :) Będą cepeliny i będzie Švyturys!

Warszawa - Kowno - Warszawa by Simple Express


13 lutego 2014

GADŻETY PODRÓŻNIKA - termos


Do tej pory miałam mieszane uczucia jeżeli chodzi o termosy, kojarzyły mi się ze szkolnymi wycieczkami z młodzieńczych lat, a samo używanie termosu z czymś gorszym.. przecież obecnie prawie wszędzie są jakieś kawiarnie czy modne sieciówki, w których można dostać coś ciepłego do picia. Po kilku zimowych wyjazdach zaczynam odkrywać ich zalety na nowo. Tym bardziej, że całkiem przypadkowo znalazłam pełen wdzięku fioletowy termos w kropki, który od razu pobił moje serce. Czyż nie jest uroczy? :)


Termos marki Florina, który postanowiłam wypróbować na potrzeby jednodniówki w Bergen jest najzwyklejszym termosem ze stali nierdzewnej bez żadnych super bajerów. Nie jestem ekspertem w tym temacie, ale nie wydaje mi się, żeby był znacznie gorszy od droższych termosów dostępnych w sklepach turystycznych. Producent zapewnia, że produkt nadaje się do gorących i zimnych napojów oraz trzyma ciepło przez 12h. Zdecydowałam się na zakup termosu o pojemności 0,5l, która sprawiała wrażenie najporęczniejszej dla jednej osoby.


Termos do Bergen przewoziliśmy w bagażu podręcznym. Nie było problemów w kontrolą bezpieczeństwa, jednak pamiętajcie, że musi być on pusty! Dopiero po przejściu kontroli można przygotować napój, do tego celu niezbędna jest grzałka. Może i jest trochę zachodu, ale patent ten okazał się bezcenny na zimowym wyjeździe do Norwegii, tym bardziej, jeżeli chcemy podróżować niskobudżetowo.

wymiary: wys.24cm, śr.7cm   waga: 350g

Od jak dawna korzystam: od niedawna
Czy będę korzystać dalej: na szczególne wyjazdy tak
Typ wyjazdu: wyjazd zimowy, trekking w górach


Gdzie kupić: supermarket, sklep z drobnym AGD
Cena: od 16,99zł


Zalety:
  • korek zabezpieczający przed wyciekaniem napoju
  • czas trzymania temperatury napoju
  • poręczne wymiary, idealne dla jednej osoby
  • wygląd
Wady:
  • specyficzny smak herbaty z termosu
  • trzeba nosić ;)

5 lutego 2014

Rendez-vous France! Beauvais/ Tillé, 02.02.2014

Pisałam już, że uwielbiam jednodniówki? Na pewno pisałam i to nie raz :D ale myślę, że warto się powtórzyć, bo może jeszcze nie wszyscy wiedzą jaką fajną alternatywną na nudną niedziele może być wypad za grosze. Zgodzę się, nie jest to prawdziwe podróżowanie, w jeden dzień nie da się przesiąknąć miejscem, do którego jedziemy, nie da się go poznać na wylot, ale nie oszukujmy się, często nie mamy tej możliwości nawet na kilkudniowym wyjeździe. Jednodniówki traktuję bardziej jako odskocznię od codzienności, bo nie zawsze mogę wziąć dłuższy urlop, nie zawsze mam budżet na taki wyjazd, a trochę ponad 100zł można wyszarpać z każdej wypłaty ;) i właśnie za te trochę ponad 100zł daję sobie namiastkę podróżowania, żeby chociaż w minimalnym stopniu podładować swoje uzależnione od podróżowania akumulatory.

Ten wyjazd był wyjątkowy pod jeszcze jednym względem. Był to pierwszy wspólny wyjazd z Agnieszką i jej Mężem z CITY BREAK po polsku, z którymi spędziliśmy wspaniały weekend (jeszcze raz dziękujemy!) Mam nadzieje, że nasz zLOT inauguracyjny otworzył możliwości na szereg wspólnych wyjazdów, z których kolejny już z marcu :)

Kiedy w listopadzie kupowaliśmy bilety do Beauvais nie sądziłam, że będzie tak fajnie! Zawsze obawiam się, co ciekawego do zaoferowania może mieć niewielka przylotniskowa miejscowość i zawsze spotyka mnie to samo miłe zaskoczenie :) Okazuje się, że te małe miejscowości często bardziej oddają prawdziwą atmosferę miejsca niż aglomeracje, przy których się znajdują. Lotnisko Beauvais przeznaczone jest dla tanich linii lotniczych i jest jednym z 3 lotnisk obsługujących aglomerację Paryż. Oczywiście Paryż bezapelacyjnie ma swój niepowtarzalny klimat i jestem jednym z tych miast, które trzeba odwiedzić, ale jak każde duże miasto jest przesiąknięte turystami. Jeżeli mamy ochotę na odrobinę prawdziwej Francji śmiało możecie odwiedzić niewielkie Beauvais. Mieliśmy do dyspozycji ok 5h. Tyle w zupełności wystarczy, żeby zobaczyć najważniejsze punkty miasta i chociaż odrobinę poczuć francuski klimat. My mieliśmy bardzo skromny plan - zobaczyć katedrę i zjeść francuską bagietkę. Udało się go zrealizować, a nawet więcej! 

 
Z lotniska do miasta można dostać się na 3 sposoby, autobusem miejskim za 0.9€, shuttle bus za 5.00€ bądź spacerem obok uroczego Tillé za 0.00€. Domyślacie się co wybraliśmy? ;) Google maps podaje, że od lotniska do centrum Beauvais jest ok 5km, idąc wydawało mi się, że znacznie mniej. W jedną stronę odcinek ten pokonaliśmy bardzo spokojnym spacerem z licznymi przerwami na zdjęcia w 1,2h, natomiast w drogę powrotną z racji tego że zasiedzieliśmy się na "obiedzie" szliśmy nieco szybszym tempem ok 25min.

Wychodząc z lotniska udaliśmy się na rondzie prosto, aby zahaczyć o wspomniane już Tillé. Jest to niewielka miejscowość z domkami jednorodzinnymi oraz kościołem, który niestety był zamknięty. Mimo wszystko był to piękny początek spaceru. Następnie udaliśmy się wzdłuż głównej drogi w kierunku Beauvais. Architektura szybko zmieniła się z domków jednorodzinnych na stare kamienice. Po drodze minęliśmy niewielki cmentarz wojskowy zmarłych podczas I wojny światowej, a kawałek dalej pomnik ku czci poległych. Chwilę później zboczyliśmy z głównej trasy w rue d'Alsace, gdzie znajdują się urokliwe stare domy wybudowane w XV w. 


 
W drodze do katedry znaleźliśmy niewielką cukiernię, gdzie mogliśmy zrealizować pierwszy ze swoich celi tego wyjazdu. Kupiliśmy bagietkę, a na deser pyszne ciastko ze świeżymi truskawkami! Kilka kroków dalej znaleźliśmy się pod robiącą ogromne wrażenie katedrą Saint-Pierre, która jest prawie tak piękna jak katedra w Mediolanie i tak jak katedra w Mediolanie zalicza się do arcydzieła architektury gotyckiej. Francuska katedra Saint-Pierre zdobyła sławę dzięki  najwyższemu sklepieniu gotyckim na świecie, liczącemu ponad 48m wysokości.  W środku znajduje się wiele cennych obiektów, a na szczególne wyróżnienie zasługuje zegar astronomiczny inspirowany obrazami z Biblii. Zegar posiada tak dużo tarcz, że trudno się w nim odnaleźć i sprawdzić, która rzeczywiście jest godzina.. Historia katedry jest dość burzliwa, pierwsza świątynia znajdująca się w miejscu obecnej katedry spłonęła, kolejne dwie zawaliły się podczas budowy. Budowa czwartej, obecnej katedry została przerwana przez I wojnę światową po czym prace naprzemiennie wznawiano i przerywano. W środku katedry prace konserwacyjne trwają w dalszym ciągu, a zabezpieczenia wewnątrz nawy nadają całej katedrze unikalnego charakteru.


Po wizycie w katedrze udaliśmy się na szybką kawę, po której przeszliśmy w głąb miasta i zastał nas czas powrotu w stronę lotniska. Po drodze jeszcze tylko zakupy w sprawdzonej cukierni, tym razem 5 bagietek na wynos (koszt 1 szt.  0.87€) i możemy wracać. Nie przeszliśmy jednak zbyt daleko, ponieważ naszym oczom ukazał się jedyny otwarty w to niedzielne popołudnie sklep spożywczy. Nie mieliśmy się nad czym zastanawiać, dokupiliśmy lokalny ser i wino, po czym udaliśmy się na najbliższy skwer by móc rozpocząć naszą ucztę w stylu francuskim. Wszystko smakowało wybornie! Z picia wina na ławce chyba się nie wyrasta ;) atmosfera było tak przyjemna, że troszkę się zasiedzieliśmy i już szybszym krokiem musieliśmy wracać na lotnisko. Kolejna jednodniówka dobiegła końca, bezpiecznie wróciliśmy do domu, a ja z przyjemnością poszukałabym jakiegoś nowego połączenia!




PODSUMOWANIE kosztów wyjazdu na osobę:

bilety Poznań - Beauvais - Poznań - 68,00zł
dojazd do Poznania - 28,50zł
uczta w stylu francuskim (bagietka, ser, wino) - 21,00zł (5.00€)


1 lutego 2014

Niezbędnik zimowego survivalu, czyli sorry taki mamy klimat ;)


Do tej pory byłam typem podróżnika omijającym sezon zimowy, no chyba że był to wyjazd w jakieś miejsce, gdzie było cieplej niż u nas ;) Jestem zdecydowanie ciepłolubna, a za zimą wprost nie przepadam. Mam słabe krążenie, wiecznie marznę, co od razu widać po czerwonym nosie, a na zimowych zdjęciach wyglądam jak Rudolf, żadna przyjemność.

Dlatego kiedy zdecydowaliśmy się na zimowy wyjazd survivalowy do Bergen (całodniowe zwiedzanie plus nocleg na lotnisku) byłam delikatnie mówiąc przerażona.. przecież my zamarzniemy! a w najlepszym wypadku dostaniemy zapalenia płuc bądź nie wysuniemy nosa z jakiejś przyjemnej kawiarni i tyle będzie ze zwiedzania. Okazało się, że zimowy wyjazd wcale nie musi tak wyglądać :) jeżeli i Ty obawiasz się zimowego wyjazdu, poniżej przedstawiam niezbędnik zimowego survivalu, czyli co zabrać ze sobą, żeby wyjazd w okresie zimowym nie był taki straszny.



1. Herbata z cytryną

Nic tak nie rozgrzewa jak ciepła herbata z cytryną. Liczne wyjazdy przekonały mnie, że zdobycie plasterka świeżej cytryny graniczy z cudem. Być może herbata z cytryną jest naszym Polskim wymysłem, ponieważ i w samolotach, i w kawiarniach w różnych miejscach zawsze jest problem z otrzymaniem herbaty z plasterkiem cytryny. Zdarza się, że zadowolony kelner poda herbatę cytrynową czy też herbatę z kwaskiem cytrynowym, ale ma się to nijak do herbaty z cytryną... życie nauczyło mnie zabierać ze sobą pokrojoną w plasterki cytrynę, szczelnie zamkniętą w plastikowym pojemniczku. Plasterek łatwo można dorzucić do herbaty, nawet tej kupnej i delektować się pysznym, rozgrzewającym napojem :) początkowo wydawało mi się to głupie, jeździć ze swoimi plasterkami cytryny, ale nic tak dobrze nie rozgrzewa jak właśnie herbata z cytryną.

2. Kubek aluminiowy i grzałka

Następnie do kompletu zaczęliśmy wozić aluminiowy kubek, grzałkę, herbatę i cukier w saszetkach. Staliśmy się niezależni ;) mogliśmy zrobić swoją herbatę, gdzie tylko chcieliśmy, pod warunkiem, że było gniazdko. Oczywiście, będąc w samolocie czy w kawiarni nie robimy swojej herbaty używając grzałki, ale będąc na lotnisku czy w hotelowym pokoju już tak :) grzałka powinna mieć wąską wtyczkę, żeby pasowała do wszystkich gniazdek. Do tego zestawu można również zabrać zupkę chińską, która po całodziennym zwiedzaniu smakuje niczym kolacja w najlepszej restauracji! umówmy się, nie jestem zwolenniczką zupek chińskich, to sama chemia, która oprócz konserwantów i tłuszczu nie dostarcza niczego, ale czasami jest to najlepsze rozwiązanie, wręcz ratujące życie. Jak zrobić zupkę chińską będąc na lotnisku? do tej operacji niezbędne będą dwa kubki i grzałka, w jednym kubku zagotowujemy wodę, a do drugiego wsypujemy zupkę, którą następnie zalejemy. Nie polecam wrzucania zupki do gotującej się wody, bo może się nie zrobić. Trochę to upierdliwe, bo jedna osoba musi czekać, kiedy druga zajada się zupką, ale ona mają to do siebie, że muszą być zalane wrzątkiem, a nie do wrzątku wrzucone.


3. Termos
Kolejna rzecz ułatwiająca dostęp do ciepłej herbaty :) Szczególnie kiedy po drodze nie ma żadnej kawiarni, czy miejsca gdzie moglibyśmy skorzystać z gniazdka. Pamiętajcie, że przez security termos należy przenosić pusty! Dopiero po kontroli można przygotować herbatę, używając do tego grzałki. Na ostatnim wyjeździe każdy z naszej czwórki miał swój termos, sprawdziły się idealnie, a później na lotnisku łatwiej było przynieść wodę niż chodzić z pojedynczymi kubkami. Termos nie musi być duży, 0,5l na osobę wystarczy, przecież trzeba to jeszcze nosić ;)

4. Odpowiednie ubranie
Na komfort zwiedzania zimą nic nie wpływa tak bardzo, jak odpowiednie ubranie. Nie przepadam za sportowym ubraniem, czuję się w nim mało kobieco, nie uprawiam też żadnych sportów zimowych, żeby posiadać ciuchy na stok, ale tej zimy postanowiłam kupić spodnie narciarskie. Narciarskie tylko z nazwy, bo z przeznaczeniem na mróz do miasta ;) sprawdziły się idealnie! na polarze rozgrzewały tyłek, chroniły przed wiatrem i zimnem, super sprawa! Tak je polubiłam, że zaczęłam ich używać na spacery po swoim mieście, a w ostatnie -20stopni nawet w drodze do pracy :) do tego grube ciepłe skarpety, podkoszulek termoaktywny i żadne mrozy nie będą nam straszne.



Z takim ekwipunkiem nawet największy zmarzluch jak ja, będzie czuł się dobrze na zimowym zwiedzaniu :) a profilaktycznie można wziąć aspirynę i nic tylko szukać biletów również w okresie zimowym!