28 kwietnia 2014

[GRUZJA] Kharcho - pikantna zupa z mięsem

Kuchnia gruzińska skradła moje serce do tego stopnia, że jestem gotowa po raz kolejny odwiedzić to miejsce, tylko ze względu na doznania kulinarne :) do tego czasu będziemy musieli jednak radzić sobie w inny sposób. Zaopatrzona w skarbnicę wiedzy na temat kuchni gruzińskiej, oryginalną książkę kucharską, wróciłam do domu z nadzieją, że smak Gruzji zagości u nas na dobre. Na pierwszy ogień poszła pikantna zupa z mięsem - Kharcho, jedna z ulubionych potraw Męża podczas całego wyjazdu :) W smaku przypomina zupę gulaszową, jednak dodatek świeżej kolendry oraz orzechów włoskich, dwóch najważniejszych składników w całej kuchni gruzińskiej nadaje jej wyjątkowy smak. 

To co, macie ochotę posmakować Gruzji? :)





Składniki:
0,5kg wołowiny lub wieprzowiny
30g ryżu
1/2 cebuli
2 ząbki czosnku
puszka krojonych pomidorów
łyżka przecieru pomidorowego
1,5łyżeczki przyprawy gruzińskiej
ostra papryka peperoni
świeża kolendra
garść orzechów włoskich

1. Mięso pokroić w niedużą kostkę, gotować ok 20min, zbierając co jakiś czas wytwarzającą się pianę. 

2. Zmienić wodę, przepłukać mięso i zagotować ponownie. W garnku powinno być ok 1,5l wody. Dodać ryż i gotować dalej.
3. W międzyczasie na głębokiej patelni zeszklić cebulkę i przeciśnięty przez praskę czosnek. Dodać pomidory oraz przecier, poddusić kilka minut. Następnie dodać ostrą papryczkę oraz przyprawę gruzińską (dostępna w sklepach lub stoiskach z przyprawami).
4. Sos pomidorowy dodać do mięsa, gotować na małym ogniu 15min. Doprawić solą i pieprzem do smaku, dodać drobno posiekane orzechy włoskie.
5. Zupę podawać z dużą ilością świeżej kolendry

Smacznego!




25 kwietnia 2014

Stambuł, kolejne podróżnicze marzenie do zrealizowania już w listopadzie!

Każdy zakup biletów w nowe miejsce cieszy, jednak ostatni zakup wywołał u mnie prawdziwą euforie! Dzięki news'owi od Agnieszki udało się nam kupić bilety do Stambułu na listopadowy weekend. I to nie byle jaki bilet, bo Turkish Airlines. Będzie okazja do przetestowania nowych linii!

Stambuł, Stambuł.. ach! Chodził za mną już od kilku lat! Odwiedzenie Błękitnego Meczetu znajduje się na mojej podróżniczej liście marzeń, ciesze się, że już w listopadzie będę mogła je zrealizować i podzielić się wrażeniami z Wami :) Ciesze się tym bardziej, ponieważ będzie to kolejny wyjazd z Agnieszką, City Break'a po babsku ciąg dalszy :) Poprzednie dwa wyjazdy były świetne, wierze, że ten będzie taki sam!

Pozostaje czekać na pojawienie się biletów Polskiego Busa do Berlina w dobrej cenie, a potem to już najprzyjemniejsze - planowanie!


Berlin - Stambuł - Berlin 08-11.11.2014 by Turkish Airlines


24 kwietnia 2014

GADŻETY PODRÓŻNIKA - ręcznik z mikrofibry

Ręcznik z mikrofibry nie jest żadną nowością, ani na rynku, ani dla nas, wspominałam już o nim w postach o tym jak pakować się w bagaż podręczny, jednak jest on tak wspaniałą rzeczą, że zasługuje na osobny post :) Jest to jedna z tych rzeczy, w którą powinien zaopatrzyć się każdy turysta, a ten podróżujący jedynie z bagażem podręcznym wręcz koniecznie. Przed zakupem ręcznika z mikrofibry staraliśmy sobie radzić na inne sposoby, zabierając mały ręcznik frote, bądź rezerwując nocleg w hostelach, gdzie ręczniki były na wyposażeniu. Niestety i te patenty zawodziły, mały ręcznik okazał się zbyt mały do wytarcia całego ciała, nie mówiąc już o włosach, a ręczniki hostelowe czasami okazywały się być kawałkiem.. prześcieradła (?), którym nie sposób było się wytrzeć. Zdarzało się też, że mimo wcześniejszej informacji i dopłaty nie było ich wcale, co przytrafiło się nam w hostelu w Barcelonie... Problem ten prawdopodobnie by mnie nie dotyczył, gdybym korzystała jedynie z droższych, kilku-gwiazdkowych hoteli, ale wiecie jak to jest z turystą niskobudżetowym... wolałam zaopatrzyć się w ręcznik z mikrofibry ;)


Materiał z którego zrobione są ręczniki to zwykła mikrofibra, taka sama jaką stosuje się do np. do ściereczek kuchennych. Dzięki połączeniu bardzo cienkich włókien poliestrowych i poliamidowych ręcznik jest zdecydowanie mniejszy i lżejszy, przy czym w dalszym ciągu bardzo dobrze wchłania wodę. Ręcznik z mikrofibry o wymiarach 130x80cm po złożeniu jest 3x mniejszy niż ręcznik frote takich samych rozmiarów! Inna zaletą tego ręcznika jest to, że bardzo szybko wysycha, czasem wystarczy pół godziny. Jest to niezwykle przydatne w podróży, szczególnie, jeżeli tak jak ja wolicie kąpać się rano, a zaraz potem pakujecie wszystko i udajecie się w inne miejsce. Normalny ręcznik nie miałby szans na wyschnięcie, temu wystarczy chwila, najlepiej na świeżym powietrzu. Mimo wszystko nie jest to tak komfortowe i przyjemnie użytkowanie jak przy wycieraniu się grubym ręcznikiem frote, ręcznik z mikrofibry należy dociskać do ciała. Dlatego też nie wymieniłam wszystkich ręczników na ręczniki z mikrofibry, w domu nadal używam tradycyjnych grubych ręczników, jednak pakując torbę podróżną nie mam najmniejszych dylematów!



Zdecydowałam się na ręczniki firmy NABAIJI dostępne w Decathlonie, ze względu na dostępność, cenę oraz.. kolor :D Na każdy wyjazd zabieram dwa: jeden w rozmiarze L oraz jeden mały do włosów, przy czym zawsze pakuję się w mały bagaż podręczny, nawet na tydzień ;) W podróży korzystanie z dwóch ręczników to istna burżuazja, ale te ręczniki zajmują na prawdę tak mało miejsca, że nie ma problemu zabrać nawet dwóch, nawet w bagaż podręczny. Ręczniki fajnie sprawdzają się również na basenie czy siłowni.  

 
Od jak dawna korzystam: od 1,5 roku
Czy będę korzystać dalej: zdecydowanie
Typ wyjazdu: każdy z noclegiem, oprócz tego basen oraz siłownia


Gdzie kupić: Decathlon, GOsport, sklepy sportowe, sklepy turystyczne
Cena: od 19,99zł


Zalety:
  • zajmuje bardzo mało miejsca
  • jest lekki
  • szybko schnie
  • zrobiony z miłego w dotyku i delikatnego materiału
  • do wyboru dużo fajnych kolorów
  • nie wymaga specjalnego sposobu prania
  • wytrzymały, mimo częstego używania i prania nie stracił ani na wyglądzie, ani na właściwościach

Wady:
  • nie wchłania wody tak dobrze jak ręcznik frote
  • trudno ogrzać się nim chociaż w minimalnym stopniu

21 kwietnia 2014

FORT BEMA, czyli co można zrobić z niezagospodarowanymi terenami

W Warszawie mieszkam od zawsze, jednak wstyd się przyznać, jest w tym mieście wiele miejsc, o których istnieniu jeszcze niedawno nie miałam pojęcia. W codziennej gonitwie praca-dom i tysiącu pomysłach na minutę nie dostrzega się otaczającego nas piękna i nie ma czasu na poznanie swojego. Pomału się to zmienia, głównie za sprawą nowej rowerowej miłości i nowych postanowień :) Są też w Warszawie miejsca ulubione, do których wraca się często. W ramach nowego cyklu postów, chciałabym Wam przedstawić stolicę nie tylko taką jaką znajdziecie w przewodnikach, chociaż i o takich miejscach będzie, ale również stolicę prawdziwą, miejską.


TROCHĘ HISTORII
W 1879 roku, kiedy Warszawa znajdowała się pod zaborami rosyjskimi, władze carskie podjęły decyzję o przekształceniu miasta w twierdzę. W obrębie całej Warszawy powstało wiele fortów mających za zadanie bronić dostępu do miasta. Jednym z nich był kompleks zwany dawniej Fort P-Parysów, obecnie Fort Bema. W 1909roku po klęsce Rosji z Japonią, Car wydał rozkaz zniszczenia Twierdzy Warszawa. Rozkazu jednak nie wypełniono, zniszczeniu uległy jedynie dwa budynki, reszta została do dziś. W okresie międzywojennym znajdowała się tu Wytwórnia Amunicji, a w czasie II Wojny Światowej niemieckie magazyny wojskowe. W latach 80tych tereny zostały przekazane klubowi sportowemu L
egia i aż do 2002 roku czekały na przywrócenie miejsca do życia.




PARK dla głodnych ruchu
Obecnym właścicielem terenów Fortu Bema jest dzielnica Bemowo, która co więcej wzięła swoją nazwę właśnie od ów miejsca. Od tego czasu miejsce zmieniło się nie do poznania. Obszar fortu zagospodarowano na park miejski, wycięto większość dzikich drzew, wybudowano kładki nad fosą, wszystko w towarzystwie dawnych zabudowań. W parku powstało wiele ścieżek pieszych oraz rowerowych, gdzie oprócz zwykłej jazdy rekreacyjnej możemy uprawiać jazdę nieco bardziej ekstremalną po żwirowych trasach oraz znajdujących się w samym centrum fortyfikacji. Dodatkowo w pobliżu parku znajduje się park linowy, boisko do piłki nożnej oraz plac zabaw. Dzięki zaangażowaniu władz dzielnicy powstało fajne miejsce, gdzie coraz więcej osób z okolicy może aktywnie spędzać czas.









FORTY dla spragnionych sztuki ulicy
Od niedawna w Forcie Bema znajduje się jeszcze inny powód do odwiedzenia tego miejsca. Otwarta galeria warszawskiego street artu, która powstała przy współpracy Urzędu Dzielnicy Bemowo i Fundacji Sztuki Zewnętrznej. Galeria 40/40 funkcjonuje od 2011 roku, kiedy do fortów zaproszeni zostali najwięksi artyści warszawskiej sztuki ulicy, aby wspólnie stworzyć coś wyjątkowego. Rok później odbyła się kolejna edycja projektu, a forty zyskały "nowe wnętrze". W budynku koszar północnych znajduje się kilka osobnych pomieszczeń, każde w innym klimacie. Galeria otwarta jest dla wszystkich, czynna zawsze, miejsce nie jest nadzorowane co tylko zachęca amatorów graffiti do podzielania się swoją twórczością,  a to sprawia, że forty wciąż żyją, objawiając się co raz to nowym wcieleniem. Celem projektu było stworzenie miejsca wyjątkowego, które będzie przyciągać mieszkańców oraz wykorzystanie niezagospodarowanych wnętrz i wtrącenie w nich sztuki nowoczesnej. Czy się udało i forty dostały drugie życie? Oceńcie sami.










Forty Bema są jednym z tych miejsc, które odkryłam przypadkowo, jednak z czystym sumieniem mogę je polecić każdemu. Rodzinom z dziećmi, osobom aktywnie spędzającym czas, zakochanym czy młodym, zafascynowanym sztuką ulicy. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Najbardziej jednak urzekło mnie to, że mimo bliskiej odległości od dość dużych ulic w parku nie słychać miejskiego gwaru. Słychać za to śpiew ptaków i śmiech bawiących się dzieci. Wpadnijcie, na odrobinę relaksu. A ja po cichu liczę na kolejną edycję projektu 40/40, żeby pooglądać nowe prace najlepszych :)

Adres: Fort Bema, Obrońców Tobruku 25, Bemowo


16 kwietnia 2014

Sentymentalna podróż w czasie, Kowno 06.04.2014



Od jakiegoś czasu staramy się celebrować ważne dla nas chwile na wyjeździe. Nie muszą być to od razu najmodniejsze stolice Europy, czy egzotyczne miejsca, równie dobrze sprawdzi się wypad za miasto lub odwiedzenie jednego z naszych pięknych Polskich miast. Rocznice, czy urodziny poza domem zawsze się udają, dają możliwość spędzenia czasu tylko we dwoje, doświadczając razem nowych rzeczy oraz są idealną okazją do gromadzenia nowych wspomnień. Od zawsze uważałam, że wyjazdy zbliżają, nawet te najmniejsze, nawet te najkrótsze. Dlatego kiedy tylko mamy okazję, korzystamy i jedziemy w nieznane. Tym razem było to Kowno, spóźnione walentynki ;) Miejsce trafiło się przypadkiem, jak przeważnie u nas. Simple Express z okazji walentynek zrobił promocję na trasie Berlin - Wino i .. padło na Kowno. W Kownie jeszcze nas nie było, a Litwa jest bliska naszym sercom od zawsze, dlatego stwierdziłam, że może być to idealna okazja do odświeżenia starych uczuć.






DWORZEC KOLEJOWY i przechowalnia bagażu w Kownie, czyli praktycznie
Do Kowna przyjechaliśmy o 6.30, miasto przywitało nas rześkim powietrzem i pustymi ulicami. Było znacznie chłodniej niż u nas i znacznie chłodniej niż przypuszczałam, że będzie. Pierwsze kroki skierowaliśmy do oddalonego o 400m dworca kolejowego, żeby trochę się ogarnąć i zostawić torbę. Było to jedno z nielicznych miejsc czynnych o tej godzinie. Na dworcu kolejowym są bezpłatne toalety z dziwnym, niebieskim światłem, nieco utrudniającym nakładanie makijażu ;) oraz duża poczekalnia z udostępnionym wi-fi. Na dworcu jest też przechowalnia bagażu z postaci automatycznych skrzynek na drobne monety, koszt zostawienia bagażu na 12h to 4Lt płatne z góry. Skrzynki znajdują się w podziemiach dworca, tuż obok toalet. Do pełni szczęścia zabrakło  kawiarni z ciepłą herbatą i czymś do jedzenia (znaczy się była, ale o tej godzinie jeszcze zamknięta), na dworcu były jedynie automaty z gorącymi napojami. W okolicy nie znaleźliśmy też niezawodnego McDonald'sa, który nie raz ratował nas w takiej sytuacji, a wszystkie kawiarnie czynne były od godziny 9.00. Ostał się termos z ciepłą herbatą i kanapki na śniadanie ;) Teraz mogliśmy ruszyć na spotkanie z Litwą, plan dnia wyglądał następująco.






W DRODZE NA STARÓWKĘ, czyli sentymentalnie
Centrum Kowna nie jest zbyt duże i spokojnie można zrezygnować z komunikacji miejskiej na rzecz przyjemnego spaceru. Z dworca na starówkę idzie się ok 30min, wcześniej jednak mijamy kilka atrakcyjnych obiektów. Pierwszym z nich jest kościół św. Michała Archanioła, moim zdaniem najładniejszy budynek w całym mieście. Symetryczny, jasny i widocznie zniszczony, co wcale nie odbiera mu uroku, wręcz przeciwnie. Kościół należał wcześniej do soboru prawosławnego, obecnie znajduje się w nim parafia rzymskokatolicka. 






Kościół znajduje się na jednym z końców alei Laisves, czyli alei Wolności, głównego deptaku w mieście i najbardziej reprezentacyjnej ulicy w mieście. Znajdują się na niej w większości kawiarnie i restauracje. Tutaj też zatrzymaliśmy się na pierwsze spotkanie z kuchnią litewską w dniu dzisiejszym, kołduny na śniadanie, to coś co lubię! jednak o prawdziwym jedzeniu litewskim będzie trochę później.. w porze obiadowej oczywiście ;)


Idąc dalej aleją Wileńską dojedziemy wprost na starówkę, z charakterystycznymi kolorowymi kamienicami oraz budynkami z czerwonej cegły. Są tu też liczne ławeczki, na których lokalny browar Svyturys smakuje wybornie!







W pobliżu starówki znajduje się kilka atrakcyjnych kościołów jak bazylika Świętych Apostołów Piotra i Pawła, Kościół św. Trójcy (bernardynek), czy Kościół Witolda znajdujący się tuż nad Niemnem. Idąc w stronę tego ostatniego nie sposób przeoczyć Domu Perkuna, mieszczącego się na ulicy Aleksoto 6. Jest to kamienica z czerwonej cegły zbudowana w stylu gotyckim na przełomie XV i XVIw., mieściły się w niej m.in. szkoła, teatr oraz internat. Kamienica ma bardzo interesujące zdobienia, nadające jej specyficzny wyraz. Trochę dalej, bliżej Zamku, mieści się kościół św. Jerzego, urzekający swą surowością.









RUINY ZAMKU KOWEŃSKIEGO
Błąkając się uliczkami Kowna można poczuć się jak u siebie.. bo to przecież jakby u nas :) Kowno w dużej części należało do Królestwa Polskiego, a nasza historia przeplata się z historią Litwy. Dzieje Kowna są mocno związane z Wielkim księciem Litwy Witoldem Kiejstutowiczem, który był stryjecznym bratem Władysława Jagiełły. Jednak obu Panów łączyła dość burzliwa relacja, namiętnie walczyli między sobą o przejęcie władzy na Litwie. Zagłębiając się w dzieje polsko-litewskie i historię księcia Litwy doszliśmy do obrazu Matejki przedstawiającego Bitwę pod Grunwaldem, w którym to ów książę przedstawiony jest w centralnej jego części. Mimo licznych konfliktów bracia połączyli swoje siły i w 1409 roku Polska i Litwa wspólnie wystąpiła przeciwko zakonowi krzyżackiemu. Z historii zawsze byłam nogą, wolałam wszystkie inne przedmioty z fizyką włącznie (której również nigdy nie darzyłam sympatią ;)) Oprócz 3 najważniejszych dat w dziejach Polski nie wyniosłam z lekcji historii nic, a jak się okazuje może być to bardzo wciągający i interesujący temat. Potwierdza to tylko ogólną opinię, że podróże kształcą. O dziwo również na płaszczyźnie historycznej :)


Taką namacalną lekcją historii jest zamek w Kownie, a właściwie jego pozostałości. Zamek miał za zadanie chronić przed Krzyżakami Wilno i Troki, przez co wielokrotnie ulegał zniszczeniu. W chwili obecnej ostał się kawałek muru oraz jedna z baszt, które zostały zrekonstruowane.







KOWNO ALTERNATYWNE
W Kownie zachwyca jeszcze coś, uliczne historie przedstawione na murach tego miasta. Tak jak w Bolonii popisane ściany strasznie mnie męczyły, tak tutaj steet art jest jakby jego częścią, nadaje mu wyjątkowy klimat. Nie ma co ukrywać, Kowno nie jest
najpiękniejszym miastem w jakim byłam, nie olśniewa cudownymi budynkami ani zapierającą dech w piersiach panoramą. Nie było też robiących na mnie wrażenie widoków miejskich dachów, ale była niepowtarzalna atmosfera, która przyciąga i którą czuć na każdym kroku. Galeria miejskiego życia pod gołym niebem.



 



OBIAD W BerneliU Uzeiga i kilka słów o kuchni litewskiej
Jest miejsce w Kownie, które trzeba odwiedzić - BerneliU Uzeiga na Valanciaus 9, w pobliżu placu ratuszowego. Miejsce polecane przez tripadvisor.pl i przez miejscowych, miejsce, gdzie możecie poczuć jak smakuje Litwa. Menu jest bardzo różnorodne i każdy znajdzie coś dla siebie, my postawiliśmy na dania typowe dla kuchni litewskiej. Kuchnia litewska jest tłusta i dość kaloryczna, jak na krajach biedniejsze i trudniejsze w uprawie przystało przeważają potrawy z ziemniaków oraz mączne. Na początek zamówiliśmy gorącą zupę na rozgrzanie po tak mroźnym poranku w Kownie, barscai su silbaravykais, czyli barszcz grzybowy podany z pieczonymi ziemniakami oraz astri perkuno sriuba, czyli pikantną zupę mięsną, dla mojego smakosza zup mięsnych i pikantnych jednocześnie ;) obie były wyśmienite, jednak ten barszcz.. rzadko zamawiam zupy, szczególnie kiedy do wyboru są inne przysmaki, jednak ten barszcz był przepyszny! lekko słodki, z kwaśną śmietaną, mistrzostwo! Po zupach przyszedł czas na coś konkretniejszego, koldūnai smażone na głębokim oleju z farszem mięsnym i sosem grzybowo-śmietanowym oraz didžkukuliai czyli popularne cepeliny. Cepeliny dla Litwinów są jak pierogi dla nas, wszyscy je kochają ;) w smaku podobne do pyz z mięsem, jednak znacznie większych rozmiarów, dwa potrafią poskromić największych twardzieli! Tradycyjnie podaje się je z kwaśną śmietaną i okraszone smażonym boczkiem. BerneliU Uzeiga oprócz pysznego jedzenia oferuje coś jeszcze, bardzo atrakcyjne ceny. Za obiad dla dwóch osób i 4 piwa zapłaciliśmy niewiele ponad 50Lt! (1Lt = 1,2pln). Zdecydowanie warto :)


A na trawienie, gira - kwas chlebowy, wytwarzany z czarnego żytniego chleba. Smakuje... specyficzne ;) raczej nie będę jego zwolenniczką, jednak spróbować trzeba było!








WRAŻENIA
Pierwsze wrażenia z Kowna były mroźne jak poranek, który nas przywitał. Jednak z każdą kolejną chwilą tam spędzoną to się zmieniało. Może to właśnie Svyturys ostatecznie przekupił moje uczucia do Kowna.. Ten smak przypomniał mi pierwsze wspólne wyjazdy z Mężem i pierwsze poznawania świata. Pamiętacie pierwsze randki i motyle w brzuchu?? Spędzając popołudnie na ławce w centrum Kowna, delektując się kolejnym Svyturysem i serkami Pik-Nik wspomnienia odżyły.. zrobiło się ciepło na sercu, a obdrapane mury nabrały pozytywnego wyrazu. Świat dookoła nabrał kolorów, a Kowno skąpane w nieśmiałych promieniach słońca zaczęło się do mnie uśmiechać :)  


wskazówki:
  • na zwiedzanie Kowna w zupełności wystarczy jeden dzień, a nawet kilka godzin
  • przechowalnia bagażu znajduje się na dworcu kolejowym
  • informacja turystyczna czynna również w niedzielę znajduje się na placu ratuszowym, w samym środku starego miasta i jest czynna od godziny 9.00
  • pyszne, lokalne jedzenie serwują w BerneliU Uzeiga na Valanciaus 9, polecam w szczególności cepeliny, barszcz grzybowy i piwo Svyturys



8 kwietnia 2014

GADŻETY PODRÓŻNIKA - suchy szampon Batiste 50ml



O suchych szamponach słyszałam już wcześniej, jednak nigdy wcześniej nie miałam okazji do wypróbowania ów kosmetyku. Zawsze wydawało mi się, że niekorzystnie wpływają na włosy, bardziej szkodzą niż pomagają. Do czasu kiedy znalazłam suchy szampon firmy Batiste o pojemności 50ml, nadające do się bagażu podręcznego! Jestem posiadaczką szybko przetłuszczających się włosów, szczególnie grzywka już pod koniec dnia wygląda nieestetycznie, myję włosy codziennie i codziennie je prostuje (wiem, zły nawyk, ale jakieś wady też trzeba posiadać ;)) Rytuał ten stosuję również w podróży. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy moja fryzura jest zagrożona, a razem z nią całe moje samopoczucie.. Nocleg na lotnisku, całonocna podróż, czy nawet hostel, w którym trudno o ciepłą wodę do umycia włosów. Do tej pory ratowała mnie czapką zimną lub unikanie zdjęć w sezonie cieplejszym. Znalazłam rozwiązanie moich problemów!







Suchy szampon działa jak puder, absorbuje sebum nagromadzone na włosach. Sposób użycia jest niezwykle prosty, wystarczy spryskać nim włosy u nasady z odległości ok 30cm, wmasować i rozczesać. Nie potrzeba wody, suszarki ani jak się dobrze wprawimy lustra. Po aplikacji na włosach zostaje siwy nalot, wystarczy go wyczesać. Włosy są uniesione, zdecydowanie świeższe, ale  również pozbawione życia i blasku. Producent obiecuje przedłużenie świeżości włosów o dodatkowy dzień, z pewnością zależy to od typu włosów, moje, szybkoprzetłuszające się (szczególnie grzywka) zyskują kilka godzin. Mimo to, nawet te kilka godzin jest zbawieniem w niektórych sytuacjach. Nie wiem, jak radziłam sobie bez tego kosmetyku do tej pory! Z pewnością nie będę używać go w codziennych sytuacjach, kiedy mam normalny dostęp do wody i suszarki, ale na wyjazd będzie to produkt niezastąpiony.






Od jak dawna korzystam: kilka użyć
Czy będę korzystać dalej: w ekstremalnych sytuacjach tak
Typ wyjazdu: nocleg na lotnisku, wielogodzinna podróż bez możliwości odświeżenia się



Gdzie kupić: drogera HeBe, Marionnaud, mintishop.pl
Cena: od 6,99zł za 50ml




Zalety:

  • poprawia wygląd nieświeżych włosów
  • można używać w każdych warunkach, bez użycia wody
  • posiada bardzo pozytywne opinie
  • pojemność 50ml nadająca się do bagażu podręcznego
  • zapach i różne zapachy do wyboru
  • w ekstremalnych sytuacjach - niezastąpiony!
  • duży wybór produktów (dla brunetek, dla blondynek, zwiększający objętość)


Wady:

  • odświeżenia włosy tylko na kilka godzin, szczególnie miejsca podatne na przetłuszczenie jak grzywka
  • wysusza i matowi włosy
  • zbyt częste stosowanie może podrażnić skórę głowy i doprowadzić do łupieżu


5 kwietnia 2014

Miasto pod arkadami, Bolonia 20-22.03.2014

Marzec był bardzo intensywnym miesiącem, głownie pod znakiem Gruzji: przygotowania do wyjazdu do Gruzji, wyjazd do Gruzji, a potem życie wyjazdem do Gruzji, opowieści, relacje, wspomnienia.. przez to wszystko zabrakło czasu na zorganizowanie wyjazdu do Bolonii, urodzinowego prezentu od Męża. Jedyne co udało mi się wcześniej przygotować to absolutne minimum, czyli nocleg i dojazd z lotniska do centrum. Resztę ogarnialiśmy na bieżąco z przewodnika (całe szczęście miał zaznaczone trasy zwiedzania!) oraz z Internetu. Dobrze, że Włochy są tak wdzięcznym miejscem, że nawet błądząc bocznymi uliczkami możemy delektować się otaczającym nas pięknem :)



DOJAZD Z LOTNISKA DO CENTRUM MIASTA

Lotnisko Guglielmo Marconi oddalone jest o 6km od centrum Bolonii. Do miasta można dojechać aerobusem spod terminala (koszt 6,00€) bądź komunikacją miejską z pobliskiego osiedla (za 1,3€). Ponieważ, nie lubię niepotrzebnie przepłacać zdecydowaliśmy się na tą drugą opcję ;)

Z lotniska na przystanek komunikacji miejskiej jest ok 1km, idzie się nie więcej niż 10min. Wychodząc z lotniska należy kierować się w stronę trasy szybkiego ruchu, skręcając na pierwszym rondzie w prawo, a następnie przechodząc pod niewielkim wiaduktem. Zaraz za wiaduktem jest osiedle skąd odjeżdżają autobusy do centrum (do dworca głównego) no. 81 oraz 91, kursują co 15min i jadą ok 20min. Bilet można kupić na lotnisku lub w ... barze na przeciwko przystanku ;) 






SPACER PO BOLONII



Bolonia średniowieczna

Cechą charakterystyczną Bolonii są wszechobecne arkady, nigdzie nie widziałam ich tyle co tu. Ponieważ chodniki są zabudowane filarami całe miasto sprawia wrażenie ciasnej i trudnej do fotografowania. Główną ulicą w centrum jest via dell' Indipendenza prowadząca spod dworca głównego do serca Bolonii - piazza Maggiore. Znajdują się na niej liczne kawiarnie oraz butiki, w tym moje ulubione KIKO, włoska marka kosmetyków kolorowych w bardzo rozsądnej cenie, w tym lakiery do paznokci w pięknych kolorach (3€/szt.!), które potrafią wytrzymać na paznokciach cały tydzień! Ale nie o kosmetykach miało być, a o Bolonii przecież... wróćmy do tematu ;)






Idąc od strony dworca przy via dell' Indipendenza mijamy ruiny rzymskich budowli oraz schody prowadzące do parku. Kierując się dalej na wprost przechodzimy obok katedry San Pietro, aby w końcu dojść do piazza del Nettuno położonego tuż obok piazza Maggiore. Piazza del Nettuno to idealne wprowadzenie do Bolonii średniowiecznej, z licznymi wieżyczkami, bramami i kamienicami z czerwonej cegły. Na środku stoi pomnik Neptuna, niegdyś uważany przez Kościół za symbol pogaństwa. Nagi wizerunek Neptuna wywoływał wśród mieszkańców zgorszenie, jednak dla mnie, o wiele ciekawszym widokiem były syreny w dość nietypowej jak na fontannę w środku miasta pozie ;)





Piazza Maggiore jest sercem miasta. Głównym obiektem znajdującym się przy placu jest bazylika San Petronio, nieurzekająca swym wyglądem z zewnątrz, jednak mimo to jest bardzo popularna i lubiana przez mieszkańców. Bazylika w zamyśle miała być największą budowlą sakralną we Włoszech, jednak mimo ogromnych ambicji miastu nie starczyło funduszy na zrealizowanie planów. Vis a vis bazyliki mieście się palazzo del Podesta, w którym siedzibę ma biuro informacji turystycznej.

Kolejnym punktem obowiązkowym wycieczki po Bolonii jest piazza di Porta  Ravegnana gdzie znajdują się Due Torri  - dwie wieże, z których jedna jest przekrzywiona... a myślałam, że żeby zobaczyć krzywą wieże trzeba jechać do Pizy! Bolonia niegdyś słynęła z wież, było ich tu 300! W chwili obecnej zostały dwie: Torre degli Asinelli oraz Torre della Garisenda. Z tej pierwszej jest wspaniały widok na miasto, jednak, żeby go zobaczyć trzeba pokonać prawie 500 bardzo stromych schodów. Koszt wstępu na wieżę 3€. Przesąd jednak mówi, że na wieże nie powinni wchodzić studenci, bo przynosi to pecha podczas obrony, studentem nie jestem od dawna, dlatego spokojnie mogłam rozkoszować się pięknym widokiem żółto czerwonych kamienic z 47,5 metrowej wieży :)





Bolonia ma też coś z Wenecji, tajemnicze kanały, których co prawda w mieście jest niewiele, ale są dużą atrakcją dla turystów. Przy via Piella ukryte jest niewielkie okienko, skąd podglądać można kanał. Dawniej było ich więcej, jednak władze doszły do wniosku, że kanały takie jak ten zagrażają zdrowiu mieszkańcom i ostatecznie je zakryto. 




Bolonia uniwersytecka

Bolonia ma również drugie oblicze, w okolicach Uniwersytetu miasto zmienia się nie do poznania. Wszędzie gromadzą się młodzi ludzie, ściany budynków ozdobione są najróżniejszymi napisami, plakatami oraz zdjęciami prawdopodobnie mającymi na celu skompromitowanie świeżo upieczonych magistrów. Niektóre nawet zabawne, inne żenujące, ale jedno trzeba im przyznać, bolońscy studenci potrafią się bawić!





Uniwersytet Boloński jest najstarszym uniwersytetem w Europie i jednym z największych we Włoszech, studiowali tu m.in. Umberto Eco oraz Mikołaj Kopernik. Spacerując po mieście da się zauważyć, że Bolonia żyje Uniwersytetem, łatwiej było znaleźć księgarnię czy antykwariat niż lodziarnie! Zdecydowanie więcej niż w innych miastach włoskich jest tu rowerów, jeździ każdy, młody i starszy, hipserski student i biznesmen w eleganckim stroju.. Rowery zdecydowanie opanowały Bolonie, kosztem skuterów, których tym razem spotkałam znacznie mniej.



Bolonia żydowska

Miejscem, które najbardziej przypadło mi do gustu jest dawne getto żydowskie, mieszczące się między Due Torre a ulicami via Oberdan i via Zamboni. W tej części miasta czas jakby się zatrzymał, nie ma tylu młodych ludzi, ani turystów, jest czysto, budynki są zadbane, a w powietrzu czuć spokój. Jeżeli zamiast zatłoczonych, modnych lokali wolicie kameralne kawiarnie to jest to właściwa część miasta. W okolicy znajduje się  wiele średniowiecznych budynków z drewnianymi filarami, które dodatkowo tworzą niepowtarzalny klimat tego miejsca.





Bolonia nie jest dużym miastem, trasy, które były zaproponowane w przewodniku powinny zająć nam około 3dni. Zrobiliśmy je w jeden, rezygnując z wejść do muzeów. Mimo to w Bolonii panuje niepowtarzalny klimat, z jednej strony część studencka i pomazane budynki, a z drugiej nostalgiczne getto. Miło było spędzić pierwszy dzień wiosny właśnie tu :)


wskazówki:
  • z lotniska do centrum miasta można dostać się aerobusem (6€) lub komunikacją miejską, autobusami 81, 91 z pobliskiego osiedla (1,3€)
  • bilety komunikacji miejskiej można kupić w kioskach lub w barach
  • większość lokali jest zamknięta w godzinach 15.00-19.30, jeżeli w tym czasie mielibyście ochotę coś zjeść polecam bar Tamburini lub pizzerie Pizza Casa, więcej o tym co jeść w Bolonii i gdzie przeczytanie w osobnym poście, TU.