23 grudnia 2014

Zaczarowane miasto Tallinn, 02.08.2014


Nigdy nie myślałam o Tallinnie jak o miejscu, które koniecznie chciałabym zobaczyć i gdyby nie świetna promocja LOTu pewnie jeszcze długo bym się tam nie wybrała. W moim przekonaniu była to kolejna Europejska stolica, bardziej poradziecka niż skandynawska, niecharakteryzująca się niczym wyjątkowym.  Paryż ma francuski szyk i wieżę Eiffla, Barcelona Gaudiego, nawet światowa stolica mody, jaką jest Mediolan wydawała mi się zdecydowanie atrakcyjniejszym miejscem niż Tallinn, o którym nie wiedziałam i nie słyszałam prawie nic. Dlatego też, podczas naszej LOTowskiej oblotówki Tallinn - Helsinki - Monachium, zaplanowaliśmy zaledwie pół dnia w stolicy Estonii. Oh, w jakim ja wówczas byłam błędzie!

Lotnisko położone jest zaledwie 4km od Centrum miasta i gdyby nie fakt, że bardzo zależało nam na czasie, prawdopodobnie pokusilibyśmy się o spacer ;) Jednak zdecydowanie szybciej dostać się do miasta autobusem miejskim 2. Czas przejazdu to niecałe 20min, koszt 1€.  Pierwsze kroki skierowaliśmy do hostelu, aby zostawić plecaki i ruszyć na podbój miasta. Zdecydowaliśmy się na położony tuż przy starym mieście hostel FeelGood i mimo, drobnego nieporozumienia z rezerwacją, a właściwie jej brakiem, mogę polecić to miejsce ;) obsługa stanęła na wysokości zadania, nie zostawiła nas na pastwę losu i zaoferowała nocleg w staff roomie. Co prawda komfort pozostawiał dużo do życzenia, ale nie w takich miejscach się przecież spało, a parę € zostało w kieszeni.
Plan na popołudnie był prosty, spacer po starówce. Na wcześniej przygotowanej mapce zaznaczyliśmy najważniejsze punkty i ruszyliśmy w drogę. Już po kilku minutach wiedziałam, jak mylne były moje wyobrażenia związane z tym miejscem.. Nie zdążyliśmy dobrze wejść w głąb starego miasta, a ja byłam jak zaczarowana.. oczarowana, tym co widzę dookoła.
 

GÓRNE MIASTO - Wzgórze Toompea
Spacer zaczęliśmy od Placu Wolności, aby od razu ruszyć w kierunku jednego z najatrakcyjniejszych miejsc tallińskiej starówki - wzgórza Toompea. Wchodząc schodkami prowadzącymi z Placu Wolności na wzgórze mijamy Basztę Kiek in de Kök co w dosłownym tłumaczeniu znaczy "zajrzyj do kuchni". Wysoka na 38m baszta, z której niemieccy żołnierze mogli zaglądać przez okna do pobliskich kamienic jest jedną z wielu baszt otaczających  tallińską starówkę. Baszty wraz z potężnymi murami liczącymi prawie 2km długości i bramami miejskimi tworzą solidny system obwarowań pochodzący z XIIIW. Mimo licznych zniszczeń podczas II wojny światowej udało się zrekonstruować dużą część murów miejskich, których przekroczenie przenosi nas w zupełnie inny świat.


 
Kilka metrów dalej znajduje się Sobór Aleksandra Newskiego, prawosławna cerkiew, która stała się symbolem  wpływów rosyjskich. Cerkiew zachwyca swoją monumentalnością i trzeba przyznać, na żywo również robi wrażenie :) Tuż obok znajduje się Zamek Toompea, miejsce władz kraju, przed wiekami biskupów i gubernatorów, obecnie znajduje się w nim siedziba parlamentu.

 
Wzgórze Toompea oprócz tego, że ma do zaoferowania kilka cennych zabytków tallińskiej starówki, ma również to co w zwiedzaniu miast pociąga mnie najbardziej - punkty widokowe i to co najmniej dwa! Ze wzgórza rozciąga się wspaniały widok na całe stare miasto, baszty i dachy kamienic pokryte czerwonymi dachówkami, spiczaste wieżyczki kościołów, do tego morze w oddali i sporo zieleni. Wspaniały widok! Miejsce tak urocze, że podczas naszego szybkiego spaceru po mieście postanowiliśmy wrócić do niego jeszcze kilka razy.. na zachód i wschód słońca :)
 
 
DOLNE MIASTO - błądząc średniowiecznymi uliczkami
Ze wzgórza Toompea udaliśmy się uliczką Pikk do głównej części starówki zwaną dolnym miastem. Niejednokrotnie podkreślałam, że tallińska starówka jest miejscem magicznym. Określenia takie znajdziecie w każdym przewodniku i każdej napotkanej relacji. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Przekraczając mury starego miasta przenosimy się do czasów średniowiecza. Brukowane wąskie uliczki, kute szyldy i latarenki, kolorowe kamienice.. wszystko to tworzy niepowtarzalny klimat, czas staje w miejscu, a my prędzej czy później zaczniemy czuć się jak w innej epoce.



 
Schodząc uliczką Pikk doszliśmy do Rynku Starego Miasta, niewielkiego placu, gdzie znajduje się gotycki Ratusz oraz liczne restauracje i knajpki. Przy Rynku znajduje się również najstarsza działająca w Europie apteka, łatwo ją odnaleźć bowiem charakterystyczny kuty szyld rzuca się w oczy. Sam Rynek nie zrobił na mnie większego wrażenia, całe piękno przysłoniły przyrestauracyjne ogródki piwne w ogromnymi parasolami, miejsce idealne na odpoczynek, jednak spragniona niepowtarzalnego klimatu Tallinna zdecydowanie bardziej urzekły mnie odchodzące od Rynku uliczki ;)


 
Jedną z najpiękniejszych uliczek tallińskiej starówki będąca jednocześnie jedną z jej głównych atrakcji Katariina Käik, wąska uliczka łącząca przylegające ulice Vene i Müürivahe do klasztoru Dominikanów. Wśród innych wyróżniają ją kamienne łuki, które potrzebne były do wzmocnienia kościoła, nadają miejscu niezwykle romantyczny klimat. Na jednej ze ścian kościoła znajdują się nagrobki pochodzące z XV w.

 
Kolejnym, ostatnim już punktem na naszej mapce był kościół św. Olafa, ten najbardziej rozpowszechniony na panoramach miasta. Spiczasta wieża swojego czasu gwarantowała kościołowi status najwyższego kościoła w Europie, jednak spłonęła od uderzenia pioruna, a kolejna, odbudowana była już nieco niższa.
 
Tallinn zaskoczył mnie bardzo, z pewnością będzie jednym z odkryć całego roku 2014! Strasznie żałuje, że nie poświęciłam na przygotowania więcej czasu, albo że zdjęcia i relacje nie oddają prawdziwego klimatu tego miasta, przez co podczas naszej wycieczki zagospodarowałam w stolicy Estonii najmniej czasu. Nie odkryliśmy zakamarków starego miasta, nie spróbowaliśmy lokalnej kuchni (no, oprócz lokalnego piwa ;) ), pozostał wielki niedosyt i postanowienie - jeszcze tu wrócę! na dłużej :)

 

6 komentarzy:

  1. Takie zaskoczenia lubię najbardziej. Też chętnie wróciłabym do Tallina, zwłaszcza latem. To takie klimatyczne miasto! A Wy koniecznie musicie wrócić na zupę z łosia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może nie zupę, ale pulpeciki z łosia mieliśmy okazję próbować następnego dnia w Helsinkach. Dla mnie, która generalnie nie przepada za mięsem było to wyjątkowe doznanie kulinarne.. zdecydowanie wolę podziwiać te zwierzątka żywe heh ;) Ale Tallin jak najbardziej będzie trzeba jeszcze odwiedzić!

      Usuń
  2. Byłam tam jakieś milion lat świetlnych temu, ale też bardzo mi się podobało :)) Bardziej sowiecki był wówczas na obrzeżach, a staróweczka to zupełnie inny, bardziej klimatyczny świat (widzę, że nic się w tym nie zmieniło). :) Miałam też tam jeden z ciekawszych noclegów :D Podróżowałam rowerem, więc spałam na dzika, gdzie popadło w namiocie. Jakimś dziwnym trafem okazało się (dopiero rano), że pod wieczór rozbiliśmy się zaraz obok cmentarza :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. obrzeży niestety nie mieliśmy niestety okazji zobaczyć, może właśnie tam ukrył się klimat, z którym zawsze kojarzyło mi się to miasto ;)

      Usuń
  3. Może właśnie dlatego, że niczego wielkiego nie spodziewałaś się po tym mieście, tak bardzo Cię zauroczyło? Ale wcale się nie dziwię. Zdjęcia mówią same za siebie. Miasto ma niepowtarzalny klimat. I w związku z tym jest jedną z tych niedocenianych stolic europejskich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zdecydowanie Tallinn jest niedoceniony :) uwielbiam odkrywać miejsca, które nie są aż tak popularne :)

      Usuń